Czyli jednym słowem, cała rodzina prowadziła życie wedle obrządków i zwyczajów prawdziwie szkockich. Po odbyciu przechadzki w głąb wyspy, po rozmowie o rozmaitych dawnych zwyczajach przeszłości, do której Arystobul Ursiclos nie zaniedbywał domieszać swych nowomodnych uwag, spotykano się razem w porze obiadu, zaś o ósmej wieczorem zbierano się na kolację.

Następnie miss Campbell przypatrywała się zachodowi słońca, nawet wówczas, gdy niebo zasłaniały chmury. Któż wie! Mogła się znaleźć jakaś dziura, jakiś otwór u dołu pokrywy chmur, jakaś szczelina, jakaś drobna rysa, przez które przeciśnie się promień zachodzącego słońca.

A jakież odbywały się uczty!

Prawdziwy Kaledończyk nie mógłby nic zarzucić tym zupom na sposób Oldbucka Antykwariusza, ani potrawom przyrządzanym podług Fergusa MacGregora, jednym słowem, były to potrawy sporządzane starożytnym, odwiecznym obyczajem szkockim. Pani Bess i Partridge tym sposobem przenosili się w dawne wieki i żyli wspomnieniami starożytności przynajmniej przez kilka godzin. Bracia Sam i Sib z wyraźną przyjemnością przyjmowali obecność dań niegdyś ulubionych w ich rodzinie.

Oto w jaki sposób odbywały się uczty i w jaki to mianowicie kłopot wprowadziłyby niejednego nazwy dawniejszych potraw.

— Racz pan spróbować nieco tych cakes (ciastka z owsianek mąki), dużo smaczniejsze niż ciastka w Glasgow.

— A może cokolwiek tych sowens (potrawy z jęczmienia na kwaśno), którymi jeszcze dzisiaj raczą się mieszkańcy Highlands?

— Jeszcze tych haggis (rodzaj kiełbasek), o których nasz znakomity Burns wspomina w swoich poezjach, że to pierwsza, najlepsza potrawa, prawdziwie szkockie danie.

Tak więc „Pod bronią Duncana” jedzono wybornie, dzięki zaopatrzeniu dostarczanemu co drugi dzień przez pływające wokół Hebrydów parowce. A pito równie dobrze.

Trzeba było wówczas widzieć wujów, jak przepijali zdrowie ogromnymi, mieszczącymi cztery kwarty, kuflami, w których pienił się krajowy napitek usquebaugh13, czyli najwyborniejszy hummok, warzony specjalnie dla nich! Zaś robiona z jęczmienia whisky fermentowała nawet w żołądku pijącego. A kiedy zabrakło już mocnego piwa, poprzestawano na zwyczajnym mum, destylowanym z pszenicy, nawet jeśli miało to być tylko „dwupensowe”, które zawsze można wzmocnić kieliszeczkiem ginu. Z takimi napitkami nie żałowali ani sherry, ani porto z piwnic Helensbourgh i Glasgow.