Wszakże kilka dni później miał miejsce wypadek, który byłby się bardzo smutnie zakończył dla naszego młodego uczonego, gdyby Olivier Sinclair nie wdał się w to i nie uratował swego rywala.
Działo się to dnia 2 września po południu. Arystobul wyszedł celem studiowania skał zajmujących całą przestrzeń na południu Iony. Jego uwagę zwrócił szczególnie kamienista bryła zwana stack, postanowił nawet wedrzeć się na szczyt takowej.
W każdym razie był to krok całkiem nierozsądny, albowiem najeżona złomami skała uniemożliwiała dostęp.
Jednakże Arystobul nie zrażał się omalże nieprzebytymi przeszkodami. Zaczął powoli się wdzierać i z pomocą rosnących tu i ówdzie krzaków zdołał się nareszcie dostać aż na sam wierzchołek stacku.
Znalazłszy się u celu wyprawy, oddał się z zamiłowaniem studiom meteorologicznym, kiedy zaś przyszło do schodzenia, zejście okazało się niemożliwe.
Badał rozmaite części skały i na każdym kroku znajdował niepokonaną zaporę. Nareszcie poślizgnął się i niezawodnie spadłby w odmęty płynącego tam strumienia, gdyby nie zatrzymała go gałąź wysokiego drzewa.
Tym sposobem zawieszony między niebem i ziemią, czekał, co dalej nastąpi, i co chwila donośnym głosem wołał o ratunek. W tej chwili przechodził Olivier. Ujrzawszy uczonego w tak komicznej pozycji, zaczął się śmiać, ale w końcu, ulegając szlachetnemu popędowi, postanowił go uratować.
Ratunek był bardzo trudny, a nawet groził niebezpieczeństwem, jednak wreszcie po wielu usiłowaniach powiodło mu się sprowadzić naszego uczonego drugą stroną skały.
— Panie Sinclair — rzekł Arystobul, gdy już stał pewną nogą na gruncie — źle obliczyłem kąt zagięcia wąwozu, ponieważ on jest prawie prostopadły. Stąd też musiałem się poślizgnąć i upaść.
— Panie Ursiclos — odezwał się malarz — jestem bardzo uradowany, że miałem sposobność uwolnić pana z tak przykrego położenia.