— Niech sobie będę — odpowiedział Ned Land — ale każde czworonożne stworzenie bez piór albo dwunożne z piórami pierwszy powitam wystrzałem z mej broni.
— Oho! — zawołałem — jegomość pan Ned zaczyna znowu szaleć.
— Nie lękaj się, panie Aronnax — odrzekł Kanadyjczyk — i płyń pan ostro! Potrzeba mi tylko dwudziestu pięciu minut, by poczęstować pana przyrządzoną na mój sposób potrawą.
O godzinie wpół do dziesiątej czółno „Nautilusa” zatrzymało się z wolna na piaszczystym brzegu, przebywszy szczęśliwie wał koralowy otaczający wyspę Gueboroar.
Parę dni na lądzie
Wysiadając na ląd, doznałem dosyć żywego wzruszenia. Ned próbował ziemi nogą, jakby jej nie ufał. A jednak, podług wyrażenia kapitana Nemo, dopiero od dwu miesięcy byliśmy „pasażerami” na „Nautilusie” — to jest, mówiąc otwarcie, w niewoli u jego dowódcy.
W kilka minut byliśmy już na strzał karabinowy oddaleni od brzegu. Grunt był, jak się zdawało, utworzony z samych tołpi (madrepory — rodzaj polipów), ale niektóre łożyska wyschłych strumieni, posiane granitowymi odłamkami, wskazywały na pierwotną formację gruntu. Wspaniałe lasy zakrywały nam widnokrąg: ogromne ich drzewa, niekiedy dwustu stóp wysokości, spojone się zdawały z sobą plecionkami lian wyglądającymi jak powietrzne wiszące łóżka kołyszące się za powiewem wiatru. Były tam mimozy135, fikusy, kazuaryny136, palmy, wszystko bujne i liczne, a pomieszane z sobą. Pod ich zieleniejącym sklepieniem i u stóp ich pni olbrzymich szerzyły się rośliny z rodzin storczykowatych i paproci.
Nasz Kanadyjczyk nie zważał na to bogactwo flory papuazyjskiej137, przenosząc pożyteczne nad przyjemne. Spostrzegłszy palmę kokosową, strącił z niej i roztłukł kilka owoców: mieliśmy więc mleko do picia i miąższ owocu do jedzenia — tym większa przyjemność, że na pokładzie „Nautilusa” nic podobnego nie miewaliśmy.
— To rzecz wyborna — mówił Ned Land.
— Przewyborna — odpowiedział Conseil.