— Myślę — dodał Kanadyjczyk — że jegomość pan Nemo nie obraziłby się, gdybyśmy mu przynieśli ładunek kokosowych owoców.
— Obrazić się, nie obrazi, ale nie skosztuje — odpowiedziałem.
— Tym gorzej dla niego — rzekł Conseil.
— A tym lepiej dla nas — odparł Ned — będziemy mieli więcej dla siebie.
— Poczekaj no, kochany Ned — rzekłem do oszczepnika zabierającego się już do strącania owoców z innej palmy kokosowej — dobry to jest owoc, ani słowa, ale zanim zawalimy nim czółno, zobaczmyż, czy nie ma na tej wyspie czegoś innego jeszcze, równie pożytecznego. Jarzyny świeże bardzo by się przydały naszej kuchni.
— To prawda — wtrącił Conseil — podzielmy zatem naszą łódź na trzy części: w jedną złożymy owoce, w drugą jarzyny, a w trzecią zwierzynę, której, co prawda, ani na próbkę nie widzieliśmy tu jeszcze.
— Powinna się i ona znaleźć — rzekł Kanadyjczyk.
— Więc idźmy dalej — mówiłem — ale pilnujmy się; bo choć wyspa nie zdaje się być zamieszkana, jednak może są na niej indywidua mniej niż my przebierające w zwierzynie.
— Aa! Rozumiem — wtrącił Ned Land, czyniąc znaczące poruszenie szczękami.
— Co ci się zdaje, Ned? — spytał Conseil.