— Jutro o tej samej godzinie trzeba będzie otworzyć klapy dla odświeżenia powietrza w „Nautilusie”.
— Ani słowa, skoro nasz statek oddycha jak wieloryb.
— Więc jeśli wówczas Papuasi będą na platformie, to nie wiem, jak pan wzbronisz im wejścia.
— To pan przypuszczasz, że wejdą na statek?
— Pewny jestem tego.
— A więc niech wejdą, na co im przeszkadzać. W gruncie są to biedacy, ci Papuasi! I nie chcę, żeby moje nawiedzenie wyspy Gueboroar przyprawiło choć jednego z nich o stratę życia.
Powiedziawszy, co miałem do powiedzenia, chciałem odejść, ale kapitan zatrzymał mnie i zaprosił, bym usiadł przy nim. Rozpytywał się o naszą wycieczkę na wyspę, o nasze polowanie i nie okazywał tej potrzeby świeżego mięsa, jaka dokuczała Kanadyjczykowi. Rozmowa dotykała różnych przedmiotów i choć kapitan nie pozbył się swej tajemniczości, jednak uprzejmiejszy był niż zwykle.
Między innymi mówiliśmy o obecnym położeniu „Nautilusa”, który uwiązł właśnie w tym samym miejscu, gdzie o mało nie zginął Dumont d’Urville. Z tego powodu kapitan rzekł:
— Był to jeden z waszych najzdolniejszych żeglarzy. To wasz Cook francuski. Nieszczęśliwy uczony! Ocalał śród lodowców południowego Oceanu Lodowatego, śród raf koralowych Oceanii, śród ludożerców Pacyfiku po to, aby zginąć marnie w pociągu kolei żelaznej146. Jeżeli energiczny ten człowiek miał jeszcze czas zastanowić się nad tym w ostatnich chwilach życia, można wyobrazić sobie, jak okropne były to myśli.
Mówiąc to, kapitan Nemo zdawał się być wzruszony, co zalecało go147 w mym pojęciu.