Zabrałem się znowu do czytania książki Sirra, ale machinalnie tylko przewracałem stronice. Drukowane litery przybierały kształty ogromnych, strasznie rozwartych szczęk.

W tej chwili Conseil i Kanadyjczyk weszli z miną spokojną, a nawet wesołą. Szczęśliwi, nie wiedzieli, co ich oczekiwało.

— Dalibóg panie — odezwał się Ned Land — pański kapitan Nemo, niech go diabli porwą, zrobił nam w tej chwili bardzo miłą propozycję!

— A! — rzekłem — Więc już wiecie...

— Z przeproszeniem pana — odpowiedział Conseil — dowódca „Nautilusa” zaprosił nas, żebyśmy jutro w towarzystwie pana zwiedzili miejsce połowu wspaniałych pereł przy Cejlonie. Mówił bardzo grzecznie i obszedł się z nami jak prawdziwy gentleman.

— I nic więcej wam nie powiedział?

— Nic, panie — odrzekł Kanadyjczyk — chyba to jedno, że już mówił panu o tym spacerze.

— Mówił w istocie. Czy jednak nie dał wam jakich objaśnień o...?

— Żadnych, panie profesorze. Wszak pójdziesz pan z nami, nieprawdaż?

— Ja... a naturalnie! Jak widzę, nabierasz gustu do tych spacerów, panie Land.