— Zresztą — dodał — przecież nie wszystko jeszcze się skończyło! Jeśli oszczep chybił celu teraz, to trafi innym razem. Jeśli trzeba, to dziś jeszcze wieczorem...

— W jakim kierunku płynie „Nautilus”? — zapytałem.

— Nie wiem, panie — odpowiedział.

— Więc dowiemy się o tym w południe.

Kanadyjczyk wrócił do Conseil’a, a ja ubrałem się i poszedłem do salonu. Nie zadowolił mnie kompas; „Nautilus” płynął na południo-zachód. Więc odwróciliśmy się od Europy. Z pewną niecierpliwością czekałem chwili, w której położenie statku będzie oznaczone. Około wpół do dwunastej zbiorniki wypróżniono, a statek wypłynął na powierzchnię. Wybiegłem na platformę. Ned już mnie uprzedził.

Nie było już widać ziemi, tylko morze niezmierzone na wszystkie strony. Na widnokręgu słaniało się kilka żagli; zapewne były to statki płynące aż do Przylądka San-Roque, by, znalazłszy tam wiatr przyjazny, okrążyć z jego pomocą Przylądek Dobrej Nadziei. Pochmurno było — zdawało się, że zbiera się na burzę.

Ned, pałający gniewem, usiłował przebić wzrokiem mglisty widnokrąg. Zdawało mu się ciągle, że za tą mgłą zobaczy upragnioną ziemię.

Słońce pokazało się w południe na chwilę. Skorzystał z tego porucznik statku, by oznaczyć położenie, po czym, ponieważ morze zaczynało się burzyć, zeszliśmy pod pokład i wejście zamknięto.

W godzinę potem widziałem na mapie oznaczone położenie „Nautilusa”; znajdował się pod 16° 17’ długości, a 33° 21’ szerokości, o sto pięćdziesiąt mil od najbliższego lądu. Nie było co myśleć o ucieczce. Łatwo zgadnąć gniew Kanadyjczyka, gdy się dowiedział o naszym położeniu. Co do mnie, to nie martwiłem się zbytnio. Miałem nawet wrażenie, że mi kamień spadł w serca, mogłem więc stosunkowo spokojnie wrócić do zwykłej mej pracy.

Wieczorem około godziny 11 zaszedł do mnie zgoła niespodzianie kapitan Nemo, pytając, czy nie jestem zmęczony po nieprzespanej nocy.