— Z której strony? — zapytałem.
— To nam sonda pokaże. Każę opuścić „Nautilusa” na dno lodowca, a moi ludzie opatrzeni w przyrządy nurkowe rozbijać go będą z najcieńszego boku.
— Czy można odsunąć osłony okien?
— Bezpiecznie; wszak już nie płyniemy.
Kapitan Nemo wyszedł. Wkrótce rozlegający się świst dał mi poznać, że woda napełniała zbiorniki. „Nautilus” opuszczał się powoli i osiadł na lodzie w głębokości trzystu pięćdziesięciu metrów.
— Moi przyjaciele — rzekłem — położenie nasze jest niebezpieczne, ale liczę na waszą odwagę i energię.
— Panie — odparł Kanadyjczyk — nie pora na to, żebym miał pana nudzić moimi skargami. Gotów jestem zrobić wszystko dla wspólnego ocalenia.
— Tak należy, Ned! — zawołałem, podając mu rękę.
— Dodam jeszcze — mówił dalej — żem równie wprawny do oskarda jak do oszczepu; jeżeli mogę się na co przydać kapitanowi Nemo, to niechaj mną rozporządza do woli.
— Nie odrzuci zapewne twej pomocy. Chodź, Ned!