— Niewiele, krótko mówiąc. Brakło mi wprawdzie parę łyków powietrza, alem się jakoś bez niego obywał. Zresztą widziałem, jak pan omdlewał, a to nie dawało mi najmniejszej ochoty do oddychania. Zamykało mi to, jak mówią, gę...

Conseil, zmieszany swą paplaniną, nie dokończył.

— Moi przyjaciele — rzekłem żywo wzruszony — jesteśmy na zawsze z sobą związani. Nabyliście do mnie prawa...

— Którego nadużyję — odparł Kanadyjczyk.

— Hę? — mruknął Conseil.

— Tak — mówił Ned Land — prawa zabrania pana z sobą, kiedy opuszczę tego piekielnego „Nautilusa”.

— Ale — wtrącił Conseil — czy płyniemy w dobrym kierunku?

— Tak — odpowiedziałem — ponieważ płyniemy ku słońcu, a słońcem tu jest północ.

— Zapewne — rzekł Ned Land — ale idzie mi o to, żeby wiedzieć, czy się zbliżamy do Oceanu Spokojnego czy też Atlantyckiego, to jest do mórz uczęszczanych czy pustych.

Nie byłem w stanie na to odpowiedzieć i obawiałem się, aby kapitan Nemo nie zechciał nas raczej zaprowadzić na ów bezmierny ocean oblewający zarazem brzegi Azji i Ameryki. Wprawdzie tym sposobem uzupełniłby swą podróż podmorską naokoło świata i powrócił na morza, na których „Nautilus” odzyskiwał najzupełniejszą niezależność. Gdybyśmy wszakże mieli wrócić na wody Pacyfiku, z dala od wszelkich lądów zaludnionych, to cóż się stanie z projektami Neda Landa?