Wątpliwość ta jednak musiała się rychło wyjaśnić. „Nautilus” płynął szybko. Koło biegunowe zostało rychło przebyte; przód statku zwrócony był do Przylądka Horn. Trzydziestego pierwszego marca o siódmej wieczorem znajdowaliśmy się naprzeciw tego południowego cypla Ameryki.

Wówczas to zapomniane zostały wszystkie minione cierpienia. Wspomnienie uwięzienia przez lody zatarło się w naszym umyśle. Myśleliśmy już tylko o przyszłości. Kapitan Nemo nie zjawiał się ani w salonie, ani na platformie. Punkt położenia naszego, oznaczany codziennie na mapie porucznika, pozwalał mi rozpoznawać dokładnie kierunek „Nautilusa”. Otóż tego wieczora widoczne było, ku wielkiemu mojemu zadowoleniu, żeśmy wracali na północ przez Atlantyk.

Zawiadomiłem Kanadyjczyka i Conseila o rezultacie mych spostrzeżeń.

— Dobra nowina — rzekł Kanadyjczyk — lecz dokąd „Nautilus” zmierza?

— Nie umiem ci tego powiedzieć.

— Czyżby się zachciało kapitanowi, spróbowawszy bieguna południowego, rzucić się na biegun północny i wrócić na Ocean Spokojny przez słynne przejście północno-zachodnie?

— Nie trzeba by poddawać mu tej myśli — wtrącił Conseil.

— A więc — rzekł Kanadyjczyk — wprzód jeszcze wymówimy mu nasze towarzystwo.

— W każdym razie — dodał Conseil — ten kapitan Nemo to mistrz w swoim rodzaju i nie będziemy żałowali, żeśmy go poznali.

— Zwłaszcza kiedy go pożegnamy — odparł Ned Land.