Przecież w takim dużym mieście na pewno są dzieci, z których można śmiać się do rozpuku.
Właśnie idzie jakaś pani z chłopczykiem. Chłopczyk wygląda grzecznie, ale... Oho, potknął się! Upadł. Uderzył się w kolano. Ale nie mocno. Oo... Co to? Grzeczny chłopczyk otwiera usta szeroko, strasznie szeroko i krzyczy: „aaa!”. A po policzkach łzy kapią. Mama coś mówi, a on nic, tylko: „aaa!” i płacze.
— Hi, hi, hi! Pan Beksa! — zaśmiał się Cudaczek. — Ojej, usta otworzył jak wrota. Do gardła można mu zajrzeć. Kapie łzami na chodnik! Jaki on śmieszny!
Zeskoczył Cudaczek z kosza do śmieci i prędko wdrapał się na palto pana Beksy.
Już mu nie burczało w brzuszku.
— Przestań — mówiła ta pani. — Jakże pójdziesz na imieniny do cioci taki zapłakany!
— Boli! Płacz! — pisnął prędko Cudaczek, wdrapując się na ramię chłopca.
Ale chłopiec widocznie nie posłyszał, bo przestał płakać i poszli.
U cioci było już pełno dzieci i zabawa w najlepsze. Mama rozebrała pana Beksę, ucałowała i rzekła:
— Baw się dobrze, synku. Wieczorem przyjdę po ciebie.