Każdy śnił swój sen
Dekompozycja rządziła w ostatnim sezonie, już po prostu wszyscy, wszyscy trąbili o tym samym: warsztaty z undoingu, kursy twórczego wymazywania, plastikożerne grzyby. Jak przerobić coś na nic, zastanawiali się naukowcy i artyści wszystkich dziedzin, a także wszelkiej maści dyletanci. Jak, w jaki sposób i w jakim stylu przywrócić pustkę, unieważnić takie czy inne dzieło ludzkich rąk czy maszyn. I zrobić miejsce na dzikie. Bo dzikie było na topie od długiego czasu — przecież nie mówię niczego nowego. Im czegoś mniej w realu, tym więcej w wirtualu: zawsze byliśmy podszyci melancholią. Odkąd przestaliśmy kontaktować się z przyrodą — bo obumierała niemal tak szybko, jak nasze możliwości doświadczenia czegokolwiek, co nie wyświetlało się na ekranie — bez przerwy o niej gadaliśmy. Bez przerwy do niej wracaliśmy, a im bardziej wracaliśmy, tym bardziej ona się wycofywała, aż ktoś gdzieś napisał, że jedyne, na czym można w końcu polegać, to rozkład. Dzikie życie, piękne gnicie, nowe pole sztuki. A więc pleśń na portretach ojców tej cywilizacji, rozpad starych płócien, układów scalonych i kości. Agenci tego rozpadu. A więc muzyka dzieląca dźwięk na czworo, na ośmioro, jakby to był sznurek spleciony z wielu włókien, z buczenia odległych ciał i ciszy nabrzmiałej zapowiedzią wszelkiej muzyki, także i tej, w której to my bywaliśmy nutami. A więc teatr przerywanych gestów.
Zaskoczyło. Poszło jak wirus.
Najgłośniejszy festiwal dekompozycji, Zerzetsungfestival, odbył się tamtej wiosny w Berlinie. Zjechała się ludzkość z całej Europy, żeby obserwować rozpad, uczestniczyć w rozpadzie i celebrować rozkład wytworów swojej cywilizacji — wszystko w poszukiwaniu utraconego momentu prawdy. Mieliśmy coraz mniej czasu, a na swój pokrętny, wykalkulowany sposób zaczynaliśmy rozumieć: jeśli to, co realne, dotąd nam umykało, to w tym momencie szanse na spotkanie były już naprawdę nikłe...
Sprowadzono mikroorganizmy z czterech stron świata, dzikie i hodowlane — niech jedzą.
Nie pojechałam wtedy do Berlina. Nie przepadałam za masowymi zrywami, nawet jeśli odbywały się w słusznej sprawie. Za to bardzo lubiłam te momenty, kiedy moje miasto pustoszało i cichło: długie, wiosenne weekendy, upalne sierpnie, mundiale. Włóczyłam się wtedy po parkach, zatrzymywałam tu i tam, przypatrywałam jakimś szczegółom krajobrazu albo sklepowym witrynom. I robiłam notatki. Pisałam ołówkiem w notesie, uważnie kaligrafując litery, jakby od dokładności tego mojego zapisu zależały losy świata. Przez całe lata właśnie tak spędzałam wolny czas: gapiąc się na to czy inne skrzyżowanie, obserwując pasażerów wsiadających do wagonu metra, wrony kołujące nad koroną drzewa albo mrówki transportujące truchło jakiegoś chrabąszcza. A potem próbowałam to wszystko zapisać, ślęcząc nad notatnikiem jak średniowieczny skryba, jak jakaś samozwańcza kronikarka trzeciego i czwartego planu. Miałam chyba nadzieję, że w ten sposób nauczę się czegoś od świata, a dawniej wierzyłam, że pewnego dnia z tych chaotycznych zapisków wyłoni się jakaś całość: wielki, płynący jak rzeka poemat albo powieść z tysiącem przerastających się wątków, napisana przez samo życie koronkowa saga ze światłem prześwitującym pomiędzy splotami. Jednak mijały miesiące i lata, a moje zapiski, martwe ołówkowe ślady na papierze z recyklingu, nie ożywały.
Kiedy starzy i młodzi wyjechali do Berlina, wrzuciłam do wysłużonej płóciennej torby moje notatniki i ołówki i jak zwykle wyszłam na miasto. Starałam się nigdy nie pokonywać dwukrotnie tej samej trasy. Meandrowałam. Wpadłam na pomysł, żeby każdy spacer podporządkować jakiejś metodzie. Mówiłam sobie na przykład: podążaj za kolorem czerwonym, a następnie bezwzględnie się do tego zalecenia stosowałam. Bacznie obserwowałam otoczenie i kiedy dostrzegałam czerwień — powiedzmy: frotkę we włosach jakiejś dziewczynki — podążałam za nią, dopóki to było możliwe. Jeśli w polu mojego widzenia nie było akurat czerwieni, czekałam, aż się pojawi. Cierpliwie, jak kura wysiadująca jajko. Pojawiała się w końcu chociażby pod postacią tylnych świateł przejeżdżającego samochodu. Nie mogłam oczywiście biec za samochodem, ale przez pewien czas, aż do następnego znaku, szłam w wyznaczonym przez niego kierunku. Powtarzałam te ćwiczenia wiele razy, jednak odpowiadało mi tylko milczenie: intensyfikowałam poszukiwania, ale rzeczy, rośliny, zwierzęta wycofywały się w głąb swoich tajemniczych, obcych form istnienia. Im bardziej moje oczy kleiły się do świata, tym bardziej on się oddalał, zamazany wydzielinami mojej czułości. W końcu miałam wrażenie, że widzę już tylko samą siebie — jak w wielkim, kleistym gabinecie luster. Zamknęłam oczy. Było mi gorąco.
Wróciłam do domu i położyłam się spać. We śnie niespodziewanie pojawił się P. Powiedział jedno zdanie: tylko ktoś absolutnie wolny może być absolutnie wolny. To było w jego stylu, naprawdę mógł coś takiego powiedzieć, i kiedy się obudziłam nie byłam wcale pewna, czy pamiętam te słowa ze snu, czy z którejś z naszych dawnych rozmów o życiu i sztuce. Myślałam i myślałam. Nie wyszłam tamtego wieczoru na miasto, zamiast tego przeglądałam stare notatki, błąkałam się po zagraconym mieszkaniu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Znalazłam za to schowaną za rzędem książek paczkę papierosów, zapaliłam. Zakręciło mi się w głowie, wróciły wspomnienia. Ponownie wzięłam do ręki telefon i zanim obleciał mnie strach, wybrałam numer.
P. był prawdziwym, stuprocentowym artystą. Należał do prekursorów dekompozycji, a właściwie można bez przesady powiedzieć, że był jednym z twórców tego trendu. Kiedy się poznaliśmy, najbardziej na świecie interesowały go alternatywne formy pochówku. Na pytanie: „co robisz?”, odpowiadał — „rozkładam mięso”, co w tamtych czasach przeważnie budziło w jego rozmówcach sporą konsternację, ale mnie się spodobało. „Jakie mięso”? — spytałam, kiedy przedstawił się w ten sposób. „Na razie przeterminowane z supermarketu. Docelowo — ludzkie”. „To” — dodał poklepując się po klatce piersiowej i udach i szczerząc zęby w radosnym, prawie figlarnym uśmiechu. Studiował zwyczaje pogrzebowe z całego świata i barwnie opowiadał o indonezyjskich niemowlętach chowanych w kauczukowych drzewach, aby rosnąc razem z żywym grobem, mogły dosięgnąć nieba, albo o wieżach milczenia, na których zoroastrianie zostawiali zwłoki bliskich na pożarcie sępom, albo o boliwijskich czaszkach, którym żywi starali się przypodobać na różne sposoby — a to wciskając papierosa pomiędzy zęby, a to obsypując je kwiatami. Ale sam nie miał w sobie nic a nic z umarlaka, a jego ciało — o czym wkrótce miałam okazję się przekonać — było nie tylko żywe i młode, ale też piękne, silne — i czułe.
— Leda? — mój głos w słuchawce wyraźnie go zaskoczył. Dawno ze sobą nie rozmawialiśmy. Kiedy otworzyła się puszka Pandory — bo w miłości przeważnie w końcu się otwiera — zaczęliśmy, jak to się eufemistycznie mówi, „oddalać się od siebie”. Nigdy ze sobą ostatecznie nie zerwaliśmy, zamiast tego po kolei paliliśmy wszystkie mosty łączące oba światy, aż w końcu nie było którędy chodzić, nie było gdzie się spotkać — więc przestaliśmy próbować. Powiedzieliśmy sobie, że potrzeba czasu. Że któreś odezwie się pierwsze, kiedy będzie gotowe. Mijały jednak miesiące, żadne się nie odezwało; w ten sposób zleciały dwa lata, a ściślej mówiąc — dwa lata i pięć dni...