— Gdzie jesteś? — spytałam po prostu, kiedy węzeł w gardle odpuścił.

— U siebie — odpowiedział. — Jak zwykle.

— Nie w Berlinie?

— Nie lubię być tam, gdzie wszyscy.

Na to liczyłam.

— Sam czy z kimś? — wypaliłam prosto z mostu.

— Sam. Co proponujesz?

— Pozasłaniaj okna — powiedziałam. — Nie zapalaj światła. Czekaj mnie w ciemności.

Nie był na nie.

W początkach naszego związku, kiedy wydawało się, że dopiero rozpoznajemy teren, po którym mieliśmy się wspólnie poruszać, wyjechaliśmy do Hiszpanii. Było późne lato, wszyscy mówili o zbliżającej się katastrofie, o plastiku w oceanach i topniejących lodowcach, o nadchodzącej suszy i wielkim wymieraniu gatunków, ale nikt nie brał tego gadania na serio, sądzę, że my też. P. był wtedy na fali, od pewnej kultowej galerii otrzymał zaproszenie do uczestnictwa w projekcie artystycznym, który miał trwać jakieś dwa tygodnie, a wcześniej przez pewien czas zbierał do specjalnego pojemnika ścinki swoich i moich paznokci, włosy z dna wanny, cokolwiek obumarło i odpadło od naszych ciał. Chodziło o pokazanie życia i śmierci jako dwóch nierozerwalnie ze sobą związanych aspektów jednego procesu — jak dwie strony kartki, awers i rewers, wnętrze i zewnętrze, o ile dobrze zrozumiałam. Zamieszkaliśmy w hotelu z widokiem na morze, z tarasem, skąd nocami obserwowaliśmy spadające gwiazdy. Późnym rankiem P. wychodził pracować przy swoim projekcie, ja zostawałam w pokoju. Miałam czas dla siebie — dużo czasu. Spałam, śniłam, plażowałam, czytałam albo wychodziłam powłóczyć się po mieście. Najchętniej oczywiście to ostatnie: przyglądałam się wtedy ludziom, miejscowym i turystom, przysiadałam w kawiarni i jak zwykle robiłam szczegółowe notatki.