Zabawa polegała na tym, że przed wyjściem zostawiał mi instrukcje: „załóż tę zieloną sukienkę z kokardą na biodrze”, „Czekaj w wannie” i tak dalej. Każdego dnia cieszyłam się na wykonywanie tych poleceń i na wieczór, który potem następował. Podlegałam władzy tych liścików, ale tylko do pewnego stopnia, bo kiedy przychodził P., to ja stawałam się panią sytuacji — władczynią naszych słodkich godzin. Słońce zachodziło po stronie lądu, rzucając na morze miodowy blask, po zmierzchu szliśmy popływać, a następnie jedliśmy kolację w którejś z małych, klimatycznych restauracji, za każdym razem jak mantrę powtarzając słowa: „jak to dobrze, że nie wylądowaliśmy w jakimś turystycznym kołchozie, tylko właśnie tu, gdzie jest tak pięknie, tak jeszcze prawdziwie”.

Niektóre z tych karteczek od razu przepadły, zwyczajem drobnych przedmiotów, wpadając w sobie tylko znane szczeliny w istnieniu. Kilka przechowałam: martwe atramentowe ślady na kremowym papierze.

Zapamiętałam szczególnie jedno popołudnie. Rano tamtego dnia P. był trochę smutny, nie bardzo, w sam raz, żeby wszystkie gesty i słowa nabrały dodatkowej wyrazistości i głębi. Instrukcja na karteczce, którą wcisnął mi do ręki, wychodząc do swoich bakterii, była zwięzła i prosta, i brzmiała: „bądź naga”.

Ściskając liścik w dłoni, poszłam na długi spacer nad morze. Czułam mrowienie, coś we mnie w środku musowało. Ale entuzjazm mieszał się z lękiem, bo nieszczególnie lubiłam swoje ciało, byłam jedną z tych kobiet, o których mówiono: „nie jest piękna, ale ma coś w sobie”. To „coś” miało rzekomo związek z moimi oczami, więc nauczyłam się tego używać, nauczyłam się udawać, że wcale się nie boję — do tego stopnia, że czasem to inni bali się mnie, tych moich rzekomo wyjątkowych oczu, ich niezwykłej — jak mi mówiono — intensywności. W ten sposób udawało mi się odwrócić uwagę od całej reszty, mimo to reszta stale mi trochę ciążyła.

Bądź naga: mało wymyślna, ale głęboko poruszająca instrukcja, swoją prostotą zmieniająca dotychczasowe reguły gry, otwierająca nową przestrzeń spotkania. Włóczyłam się dłużej niż zwykle, aż wychodziłam cały strach. A kiedy po kilku godzinach wróciłam do pokoju, zastałam tam prezenty: bukiet białych alcatrazów, butelkę musującego wina i koszyk świeżych fig. Oglądałam te skarby z radością, od której udało mi się do reszty zapomnieć o obawach. Figi były tak dojrzałe, że dołem wyciekał z nich sok, gęsty i słodki jak miód. Nie mogłam się powstrzymać i od razu jedną zjadłam, stojąc na środku pokoju z torbą na ramieniu. Potem napuściłam sobie wody do wanny i już tylko niecierpliwie czekałam na wybicie godziny siedemnastej, kiedy przyjdzie czas, żeby położyć się na łóżku jak jeszcze jeden prezent — tak to sobie wyobraziłam. I przyszedł ten czas, bo czas, taki czy inny, zawsze do nas przychodził. I przyszedł P. I karmiliśmy się figami, i przenikały się różne postacie słodyczy, a kiedy nieco później wyszliśmy na taras, duży wielobarwny motyl usiadł na moim policzku, być może tą słodyczą zwabiony. P. usiłował zrobić nam zdjęcie, mnie i motylowi, ale nasz chwilowy towarzysz, być może zaniepokojony nagłym poruszeniem, zerwał się do lotu. Na zdjęciu, które po tamtym wieczorze zostało, widać moją wyrażającą pomieszanie różnych emocji niezbyt atrakcyjną twarz i kolorową smugę w miejscu motylego lotu.

To miał być tylko wstęp, wprawka, pierwsze kroki na nowej drodze, szukanie siebie, początek. Sądziliśmy, że to, co najprawdziwsze i najważniejsze, było dopiero przed nami. Tymczasem to było właśnie to. Już nigdy więcej nie byliśmy sobie tak bliscy jak tamtego popołudnia, kiedy sądziliśmy, że nic się jeszcze na dobre nie zaczęło.

Wciąż pamiętałam topografię jego mieszkania — dużą, pustą pracownię z ogromnym oknem i tarasem, z fotografiami na ścianach (hodowlę grzybów prowadził w laboratorium, którego użyczał mu uniwersytet), z książkami ułożonymi w stosy na podłodze, sypialnię z dużym materacem i zaskakująco niewygodną kuchnię, gdzie w okresach emocjonalnej stabilności wykonywaliśmy fantazyjne aranżacje z warzyw, orzechów, suszonych owoców i ziaren. Pamiętałam łazienkę, którą w naszych nie najgorszych czasach wypełniały wonne mikstury a to do kąpieli, a to do masażu, bo P. lubił wszystko, co wiązało się z troską o ciało — to należało do jego sztuki. Te szczegóły nadal były w mojej pamięci bardzo wyraźne. Nadal miałam też klucz. Trzymałam go w pudełku razem z kolekcją starych legitymacji, listów i wizytówek z epoki analogowej. Raz na jakiś czas wyjmowałam, obracałam w dłoniach i myślałam, że powinnam zwrócić go P., jednak w miarę upływu czasu stawało się jasne, że nigdy tego nie zrobię, że zostanie już w tym pudle na zawsze, oddzielony od swojego zamka.

Przygotowując się do wyjścia, starałam się nie patrzeć w lustro. Założyłam luźne lniane spodnie i za duży T-shirt, zależało mi na niewidzialności. Zarzuciłam torbę na ramię, odruchowo wrzuciłam do niej mój ostatni notes i wyszłam. Był maj. Żar lał się z nieba nieprzerwanie od kilku tygodni, od dwóch miesięcy ani kropli deszczu. Kiedy znalazłam się na dworze, w pierwszej chwili zakręciło mi się w głowie. Wszyscy byliśmy na tym etapie trochę odwodnieni, czasy, kiedy woda po prostu lała się z kranu, czasy półgodzinnych pryszniców i zmysłowych kąpieli już się dla nas skończyły, chociaż mówiło się, że to tylko tymczasowy kryzys, który minie, kiedy minie susza, że to nasze „ostatnie ostrzeżenie”. Na skwerze, który mijałam po drodze do stacji metra, rośliny słaniały się z pragnienia, przekwitłe kwiaty jaśminowców przypominały skrzydełka martwych ciem, kruszyły się w palcach. Ganiłam samą siebie, że znowu patrzę i opisuję, że coś z czymś porównuję, coś do czegoś doklejam, rymuję, wyróżniam kursywą.

P. czekał na mnie w sypialni. Znalazłam go, zanim go zobaczyłam, choć po chwili mój wzrok na tyle przyzwyczaił się do ciemności, że chcąc nie chcąc, byłam w stanie wyodrębnić zarys jego sylwetki. Był to jednak tylko zarys, coś jak dowód obecności, bez żadnych zbędnych szczegółów. Bez słowa przysiadłam na krawędzi materaca. Wydawało mi się, że bicie mojego serca słychać w całym mieszkaniu. Położył mi dłoń na udzie, pamiętałam ten gest, choć wcześniej nie wiedziałam, że pamiętam. Gładziłam jego dłoń, badając po kolei wszystkie palce, krótkie okrągłe paznokcie, mocno wypukłe kostki. Powiodłam palcami wzdłuż ramienia, to nadal był on. Znowu byliśmy razem, w tej pierwszej chwili nic nas nie dzieliło, żaden żal, żadne oczekiwania. Pomyślałam, że następnym razem moglibyśmy założyć opaski na oczy: niechby mrok stał się głębszy, bardziej absolutny; zganiłam się zaraz za myślenie o następnym razie.

Rozebrałam się i położyłam obok P. Zamknęłam oczy i spróbowałam poddać się chwili. Opuszkami palców dotknął najpierw mojego czoła, potem powoli przesuwał je w dół, rozpoznając moją twarz, wszystkie wypukłości i zagłębienia, dotykając powiek, nosa, policzków i ust. Miałam, jak dawniej mawiał, „złe nawyki”, zaciskałam szczęki, marszczyłam brwi. Dotyk ludzkich dłoni sprawiał mi ulgę, stopniowo zaczynałam się rozluźniać. Szorstkie, lekko spierzchnięte wargi całowały moją szyję, linię obojczyka, zagłębienie między piersiami; ciekawskie, głodne usta. Strach schodził ze mnie warstwami jak wylinka, otwierałam się, stawałam nielita. Przyciągnęłam to drugie ciało mocno do mojego i dalej już one nas prowadziły, ścieżkami znanymi tylko tej ich bezrozumnej wyobraźni. Szliśmy za nimi niemal beztrosko.