— Zjadłabyś coś? — spytał, kiedy wynurzyliśmy się znowu na powierzchnię. Widziałam, jak w ciemności błyszczą jego oczy, czułam, że się uśmiecha. Ale nie, nie chciałam jeść. Nie chciałam zapalać światła, rozpraszać słodkiego mroku tych chwil; z tego samego powodu odmówiłam, kiedy zaproponował, że mnie odprowadzi. Weszłam tylko do łazienki. Po ciemku przejrzałam się w lustrze. Widziałam kształt swojej głowy i ciemne smugi w miejscach, gdzie znajdowały się oczy. Cokolwiek mnie potem zje, pomyślałam — na zdrowie.

Wychodząc, zamknęłam drzwi na klucz.

Wracając do domu tamtego wieczoru, patrzyłam na konstelacje świateł w oknach mijanych bloków i od razu próbowałam wyczytać z nich jakiś sens, podobnie jak przed wiekami próbowano odczytać sens z ułożenia gwiazd. Zadarłam głowę, ale niebo nad miastem było zbyt jasne, nic nie zobaczyłam. Wiał gorący wiatr, jak z piekarnika. Nie martwiłam się tym, bo akurat nie umiałam. Byłam syta, otulona zapachem ciała, szczelnie zamknięta w chwili, bezpieczna.

Przychodziłam do P. jeszcze wiele razy; umowa zawsze była taka sama: zaciągnięte zasłony, całkowita ciemność. Akceptował tę rutynę albo rozumiał, że nie podlega negocjacjom. Czasem wysyłaliśmy sobie jakieś dodatkowe instrukcje esemesami („przyjdź ubrana w zapach cynamonu”). Mało rozmawialiśmy, a jeśli już, to tylko o tym, co tu i teraz, nie o suszy, nie o polityce. Przeszłość opowiadaliśmy sobie ciałami. W naszych pieszczotach odnajdywałam skrawki dawnych przeżyć, widocznie przez cały czas nosiłam je w sobie, niewidzialne, i teraz taki czy inny gest wywoływał wspomnienie dawnej rozmowy, miejsca, zapachu rozgrzanej żywicy unoszącego się nad spokojnym morzem, kryształków soli na rzęsach. Stare historie rozpadały się na obrazy, pod wpływem bieżących doznań wykruszały się dawne znaczenia, odpadały od nas jak zrogowaciały naskórek. Im głębiej w siebie wchodziliśmy, tym więcej odkrywałam — siebie i nie-siebie. Bo w dotyku, zapachu, w ciemności odnajdywałam także ślady innych ciał: zachłannie odczytywałam wszystko, co zapisało się w jego ruchach, to, co od nich wziął, mieszałam się z nimi i zlewałam w jedno; chciałam, aby cudza rozkosz ożywała we mnie i kwitła, żeby wyciekała ze mnie jak słodycz nabrzmiałego od słońca owocu figi. Chciałam już siebie nie mieć, nie mieć swojego imienia.

— Przyjdziesz znowu jutro?

— Jutro nie. Pojutrze.

Przejrzałam się w ciemnym lustrze, chciałam wierzyć, że staję się niewidzialna. Cokolwiek mnie teraz zjada — smacznego.

Zakwitły lipy i prawie natychmiast przekwitły, nie zdążyliśmy poczuć ich miodowego zapachu. Pewnej nocy, kiedy szłam wzdłuż niegdyś ulubionej, wysadzanej lipami ulicy, silny wiatr strząsnął z nich żółte liście i zbrązowiałe, spalone słońcem kwiaty. Nastała dziwna, gorąca, oderwana od swojego czasu jesień. Suchy deszcz padał na mnie, a ja próbowałam łapać go w dłonie jak dziecko.

Coraz gorzej spałam, całe moje śnienie odbywało się teraz na jawie, więc dużo nocami chodziłam, jeszcze raz i na nowo odkrywając moje miasto, jego wyschnięte parki, anachroniczne pomniki, szemrane zaułki na tyłach głównych ulic. Ustalił się nowy rytm: wracałam do domu o świcie, przez kilka godzin przewracałam się w pościeli, zapadając w krótkie, przerywane drzemki. Późnym rankiem, nie wychodząc z łóżka, włączałam komputer, wpisywałam w wyszukiwarkę hasło dekompozycja i sprawdzałam, co nowego słychać w tym temacie. Przeczytałam: Ostatecznej dekompozycji największej części materii organicznej wyprodukowanej w biosferze dokonują destruenci, czyli organizmy odżywiające się martwą materią organiczną i dokonujące jej częściowej lub ostatecznej mineralizacji. Stać się kamieniem — to jest jakaś opcja? Pogłębiała się susza, berliński festiwal przedłużał się w nieskończoność, a moje seanse z P. stawały się coraz ciemniejsze, przynosiły głęboką, bolesną rozkosz, po której czułam się oczyszczona, niemal przezroczysta. Nosiłam już tylko stare, wypchane na kolanach spodnie od dresu i za duże podkoszulki, mój wzrok prześlizgiwał się po rzeczach i prawie już nie prowadziłam zapisków.

Którejś nocy własnoręcznie obcięłam cienkie włosy koloru mysiego futerka — obcięłam je na jeża, a końcówki zmiotłam i zapakowałam do reklamówki; pomyślałam, że sprezentuję je mięsożernym podopiecznym P. Ucieszył się, spodobała mu się również moja przemiana — badania, które prowadziliśmy w naszej ciemnej alkowie, tamtej nocy nowego wigoru. Ciało miałam potem obolałe, ale duszę lekką.