Którejś z następnych nocy wpadłam na P. przypadkiem na peronie metra. Był to prawdziwy szok zobaczyć go nagle, kilka godzin po tym, jak dotykaliśmy się w ciemności. W ledowym świetle stacji wydał mi się smuklejszy i — nie starszy, ale bardziej zmęczony niż dwa lata wcześniej. Zaczęłam panikować: co powiem? Jak się przywitamy? Jednak niepotrzebnie, bo P. wcale mnie nie zauważył. Patrzył wprost przed siebie, na ekran, na którym wyświetlała się relacja z jakiegoś happeningu, być może właśnie z Berlina. Patrzył bardzo uważnie, był tym patrzeniem całkowicie pochłonięty. Ekran wypełniała twarz kobiety w dużym zbliżeniu, jej usta poruszały się powoli, wypowiadała jakieś sylaby albo słowa. Nie było dźwięku, tylko ten wyrazisty, precyzyjny ruch warg. Trwało to dość długo, a ja miałam wrażenie, że ona i P. kontaktują się wzrokiem: mówiła do niego. Minęłam go bez słowa — znajomą, a jednak całkiem obcą sylwetkę mężczyzny — i oddaliłam się.
Tamtego ranka, kiedy udało mi się na chwilę zasnąć, śniłam o poruszających się wargach kobiety. A kiedy wieczorem poszłam do P., odnalazłam ją w nim bez trudu.
Któregoś dnia P. opowiadał mi o tworzonych przez pewną artystkę obrazach z bioluminescentnych bakterii. W miarę jak bakterie się namnażają, meandrujące linie zaczynają świecić, a kiedy umierają, obraz po prostu gaśnie: „Życie i śmierć, światło i mrok, dosłownie, żadna metafora”.
— Tylko ktoś absolutnie wolny może być absolutnie wolny — wypaliłam ni z tego, ni z owego.
— Ciekawe — odpowiedział.
I zaraz pociągnął dalej tę myśl: potrzebny jest skok, zerwanie wszystkich więzi, porzucenie wszystkich nawyków, moment absolutnego ryzyka. Pamiętasz tamten kawałek z pingwinem, który oddala się od szeregu towarzyszy, porzuca cały ten cholerny marsz i ginie w śniegu?
— Aberracja? Samobójstwo?
— ...albo cząstki elementarne zachowujące się na przekór temu, co przyjęliśmy uważać za prawa materii. Absolutne ryzyko, wyjście poza skrypt. Zerwanie. Skok w nieograniczone możliwości.
Myślałam potem o niewidzialnych: o zmarłych, którzy wracają, chociaż ich nie pamiętamy, o algorytmach regulujących treści pobierane z sieci, mikrowłóknach plastiku nadpisujących komunikaty ludzkich hormonów. Był czas, kiedy martwiliśmy się o toksyny — w powietrzu, wodzie, jedzeniu i glebie; detoksykacja była słowem-kluczem, fundamentalnym rytuałem, jak egzorcyzm; trucizny — niewidzialne — straszyły jak duchy, nie pozwalały zrelaksować się i odetchnąć; do tego jeszcze toksyczne emocje... Przyjaźniłam się wtedy z pewnym poetą. W apogeum detoksykacyjnego szału zdecydował się na przebadanie składu chemicznego swojego organizmu, testy wykazały obecność licznych substancji o złowrogich nazwach, napisał o tym piękne wiersze — o swoim chemicznym ja, o niepokoju, który towarzyszył badaniom, i rojeniach na temat czystości. Każdy moment ma swojego artystę, jestem przekonana, że tamten poeta był artystą tamtego momentu, to jeszcze zostanie odkryte.
Chciałam opowiedzieć o tym wszystkim P., ale jakoś nie zdążyłam, bo zaraz znowu polowaliśmy na siebie w ciemności i wchodziliśmy w siebie, i gubiliśmy się w sobie i odnajdowaliśmy — kogoś innego?