Nocą pojechałam do centrum. Na głównych placach miasta panował całkiem spory ruch, ludzie próbowali cieszyć się gorącymi nocami, wydawali oszczędności życia na drinki schładzane resztkami arktycznego lodu, tulili się do siebie jak niegroźne, przestraszone zwierzęta. Wypatrywałam P., mógłby tam być, w centrum jakiejś grupki, perorując o życiu i śmierci, wolności i sztuce. Nie natknęłam się jednak na niego. Nieopodal jacyś ludzie śpiewali rzewną piosenkę, przerwał ją brzęk tłuczonego szkła. Chciało mi się pić.
Rano jak zwykle przeglądałam internet w poszukiwaniu nowych przykładów dekompozycji, ale znalazłam coś innego, zadziwiająco piękną pracę przedstawiającą walkę pomiędzy zimą i wiosną, zainscenizowaną przy pomocy mikroorganizmów. Zimę przedstawiały białe jak śnieg ekspansywne stafilokoki i Bacillus Mycoides, a wiosnę — pałeczki krwawe (Serratia marcescens). W zetknięciu z „zimą” „wiosna” zaczynała produkować antybiotyk hamujący namnażanie się stafilokoków. Artystka porównała ich śmierć do topniejącego śniegu. Gdzie się rozpuszczały, tam „zakwitały” jednokomórkowe grzyby. Co za niezwykły, przejmujący sposób na ukazanie ogromnego okrucieństwa wiosny, o którym często pisali poeci: Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień...
Podczas naszego ostatniego spotkania P. chciał zapalić świece. Był uparciuchem i kiedy coś już sobie umyślił, nie było na niego sposobu, więc zgodziłam się w końcu na jedną; obydwoje wiedzieliśmy, że to nasz ostatni raz. Świeca pachniała cynamonem. Głębia, którą penetrowaliśmy w mroku, rozproszyła się — jakby nigdy jej nie było. Każde z nas zaczynało się i kończyło na skórze. Poraził mnie wygląd mojego ciała — ten dziwny, wytrącony z pustki mięsisty przedmiot wyglądał jak wyrzucony na plażę wieloryb albo nieopierzone pisklę, które właśnie wypadło z gniazda. Kochaliśmy się łagodnie, czule, od razu, na bieżąco, się tracąc, przepuszczając przez siebie wszystkie te niemożliwe do zapamiętania, bezsłowne przygody.
Z jakiegoś powodu ciągnęło mnie potem do centrum. Pewnej nocy, bardzo zmęczona i jakby czymś struta, przysiadłam się do stolika, przy którym grupka zarośniętych ludzi grała w cadavre exquis. Grali, a potem już razem graliśmy, według najbardziej klasycznej reguły: przymiotnik, rzeczownik, przysłówek, czasownik. Pamiętam jedno ze zdań: rześki motyl ślicznie śpi. Piliśmy coś, a potem coś innego, wszystko zaczęło mi się mieszać, pojawili się jacyś nowi ludzie, ktoś odchodził. Poszliśmy do czyjegoś mieszkania, a potem znowu na dwór, jakimś sposobem dotarliśmy nad rzekę, prawie tego nie pamiętam, pamiętam tylko aromatyczny smak papierosa i jakieś zupełnie bezsensowne strzępki rozmów. Ktoś powiedział: „ukryj się w każdej rzeczy”. Możliwe jednak, że mi się to przyśniło, bo tylko jedno jest pewne — zasnęłam na miejskiej plaży.
Kiedy się obudziłam, było całkiem widno. Czułam potężne pragnienie, próbowałam przełknąć ślinę, ale to bolało. Leżałam na ziemi, wszędzie naszło mi suchych liści i piachu. Powoli otworzyłam oczy. Nie miałam odwagi spojrzeć w stronę miasta, z jakiegoś powodu bałam się, co tam zobaczę, więc z początku gapiłam się tylko na niebo, jasne, ale zasnute delikatną szarawą mgiełką. W końcu usiadłam, bo ile można tak leżeć. Moja płócienna torba leżała nieopodal, wywrócona na lewą stronę, a parę metrów dalej jakiś chudy pijaczyna, kucając, w skupieniu studiował mój notes. Pozostałych rzeczy — telefonu, portfela, zestawu ołówków — nie było nigdzie widać. Przeszukałam kieszenie — znalazłam tylko klucz.
Mijając pogrążonego w lekturze człowieka, powoli zeszłam do rzeki. Bolało mnie za oczami, w głowie dudniło, jakbym tam miała kamienie. Woda, płynąca nisko w głębokim korycie, pachniała stęchlizną i płynem do płukania tkanin. Niewiele myśląc, a właściwie wcale nie myśląc, zrzuciłam ubranie. Ściskając w dłoni klucz, osunęłam się powoli po betonie. Dokładnie pamiętam ten moment, kiedy zmęczone stopy dotknęły chłodnej powierzchni wody, kiedy się w niej zanurzyły, kiedy potem zanurzyły się łydki, całe nogi i wreszcie całe to moje dziwne, rozgorączkowane ciało. Pełno tam było, w tej wodzie, niewidzialnych rzeczy, a mimo to — piłam. Piłam rzeczną wodę, aż ugasiłam pragnienie, a potem dryfowałam na powierzchni, zastanawiając się, czy jestem niewidzialna. W pewnym momencie klucz — ostatni skarb — wysunął mi się z ręki. A może specjalnie puściłam? Czasem tak trudno odróżnić: skacze się czy spada.