Dobranoc, drogi. Dokończę tego tomu w tych dniach, odejdzie bowiem aż we wtorek. Chora jestem od trzech dni; cierpiałam męki, ty mnie uleczyłeś.
List CXXVII
Niedziela o północy, 15 lipca 1775
Pan de Vaines przyniósł mi w tej chwili paczkę od ciebie; oceń moje nieszczęście, gdyby mi trzeba było czekać aż do tej pory na odpowiedź. Napisałeś do pana de Vaines, to dobrze. Mój Boże! Od czegóż zawisła pierwsza, jedyna sprawa mego życia? Od jakiegoś inspektora, od przechadzki, od obojętnej wizyty. Niestety! główne nieszczęście tkwi nie w tym, ale w tym, że twoje szczęście nie zależy ode mnie. Ale przynajmniej czy wiesz, od czego ono zależy? Czy je znalazłeś? Obowiązki, cnota to święte prawa, trzeba się im oddać; ale czy w nich szczęście? Byłażby w nich rozkosz?
Dobranoc; dusza moja i organizm są w stanie ostatecznego wyczerpania; potrzebuję odpoczynku; u ciebie zaś pierwszą potrzebą jest być w ruchu! Och! za wiele dałeś mi wycierpieć; nie mam już sił.
List CXXVIII
Poniedziałek wieczór, 17 lipca 1775
Ta wielka sprawa zakończyła się z moją największą chwałą. Osądzono i rozstrzygnięto jednogłośnie, że pani du Deffand jest najniegodziwszą istotą, jaką Bóg albo diabeł stworzył kiedy. Komitet czy trybunał, przed którym toczyła się sprawa, składał się z księżnej d’Anville, ambasadora, pana de Vaines i mnie; domyślasz się, że ambasador nie darował sobie przyjemności pękania od śmiechu; mimo to sądzę, iż wszystkim co mnie dotyczy, przejęty jest tak żywo, jak tylko potrafi. Bardzo mu jestem wdzięczna, ale nie może mnie to wzruszyć, wówczas gdy ty wypełniasz mą duszę.
Bądź zdrów, drogi mój, żegnaj. Czynisz mi krzywdę; dręczysz mnie, zadałeś mi głęboką ranę; ale kocham cię; to uczucie będzie balsamem lub trucizną, wedle twojej woli. Ale żegnaj już.