Sobota o drugiej, 26 sierpnia 1775
Tysiączne dzięki, drogi przyjacielu; przepoczciwy jesteś, iż pamiętałeś o tym, aby mi się wystarać o tę lożę; dostałam bilety dopiero dziś o dziewiątej i lękam się, że cię zaalarmuje mój kurier dzisiejszy, ponieważ te panie bardzo były niespokojne, iż nie miały loży wczoraj o północy.
Ale, drogi mój, przestajesz być poczciwy, a stajesz się bardzo złą i niesprawiedliwą istotą, kiedy powiadasz, że lubię ci sprawiać przykrość. Och, dobry Boże, cóż by to była za szczególna przyjemność! Jeżeli nazywasz chęcią sprawiania przykrości to, że mówię z tobą szczerze, wówczas nie warto byłoby kochać i być kochanym. Wstrętnym byłoby, gdyby się miało w serdecznym stosunku zostawać, jak w życiu towarzyskim, zawsze w masce. Drogi mój, o piątej, kiedy Hetman się zacznie, zrobię tak, jak nie wiem już jaki prorok, który podnosił ręce, podczas gdy Jozue walczył. Och, tak, myśl moja, dusza, będą z tobą; cóż znaczy, gdzie będzie moja osoba! Położę się na kanapie u pani de Saint-Chamans, która jest wciąż chora i która wysłała wszystkie swoje dzieci na Hetmana.
Mój przyjacielu, mam nadzieję, że wrócisz tej nocy, czy to okryty chwałą, czy przygnieciony miernym powodzeniem; ale jak bądź wypadnie, przysięgnij mi, że nie wystawisz już sztuki, a przynajmniej takiej, która będzie już znana, osądzona i która, skoro dostanie się do Paryża, będzie mogła już tylko stracić. Ale nie wiem, czemu mówię to wszystko; powinna bym być zrażona do mówienia ci swego zdania: raczysz go wysłuchać, ale iść za nim — nigdy.
Czy z tych trzech obiadów będziesz choć na jednym? jutro u pani d’Anville, poniedziałek u hr. de Crillon, wtorek u p. de Vaines. Pomyśl, drogi mój, czy będziesz miał odwagę zawsze uchylać się od zrobienia mi przyjemności? Nie zmrużyłam oka dziś w nocy; mam wielkie bóle wewnętrzne, ale jestem mniej nieszczęśliwa niż w ostatnich dwóch dniach. Mój Boże, jakże mi było ciężko. Miałam atak rozpaczy, trwał sześćdziesiąt godzin. Nie przyjęłam nikogo przez ten czas, nawet tych, co do których miałam pewność, iż byliby bardzo radzi mnie widzieć. Drogi mój, kocham cię, ale z takim niepokojem, z taką nieufnością, iż doprawdy, to uczucie jest prawie zawsze męką, podczas gdy niegdyś odczuwałam je bez przerwy jako wielką przyjemność.
Do widzenia. Jeżeli jesteś na szczycie chwały, donieś mi o tym; jeżeli nie jesteś rad z przyjęcia, mnie trzeba się z tym zwierzyć, ponieważ to co jest tobą, jest bardziej mną niż ja sama. Bądź zdrów.
List CXXXVII
Sobota, wpół do dwunastej wieczór, 26 sierpnia 1775
Powiadam jak w Sinobrodym: siostrzyczko Anusiu, czy nic nie widzisz? A pan d’Alembert się nie zjawia. Nie chcę szczegółów, ale nim się położę, chcę słyszeć te słowa: sukces niebotyczny, rzecz wspaniała, nikt nie pamięta równego tryumfu. Kiedy usłyszę te słodkie słowa, wymówię z rozkoszą to, co św. Simeon, skoro ujrzał Zbawiciela. Tak, byłoby mi słodko, słodziej niż kiedykolwiek, zasnąć tej nocy snem wiekuistym.
Mój Boże, jakaż ja jestem zmartwiona! ofiarowywano mi się przesłać gońca z depeszą, która zawierała tę alternatywę: wielkie powodzenie lub mierne powodzenie. Odrzuciłam tę ofiarę; okazałam się małoduszną, nie chciałam zaciągać takiego długu wdzięczności; słowem, byłam głupia i jestem ukarana.