Mój Boże, ileż szczęścia i, jak mówi ambasador, ileż rozkoszy w domu! Drogi mój, nigdy nie będziesz miał tyle, ile pragnę dla ciebie. Ale oto pan d’Alembert. Dobranoc... Entuzjazm pogwałcił wszystkie prawidła, oklaskiwano scenę z trzeciego aktu, najpiękniejszą, jaka istnieje w teatrze. Lecain, Lecain! Czuję się bezlitosna; twoje cierpienie zaszkodziło Hetmanowi, nie mogę już współczuć z tobą, czuję już tylko ten ból. Ale bądź zdrów, drogi; będziesz uważał, żem oszalała, ale pierwszym pragnieniem mego serca nie jest widzieć ciebie; pragnę, byś ujrzał wszystkich tych, którzy dadzą ci się sycić twoim szczęściem, to jest wszystkich, którzy je podzielali.

Poczciwy Condorcet odsyła mi bilecik, który ci przesłałam, i rada z tego jestem; był bardzo nie w porę. Nie zachodź do mnie tymi dniami; używaj szczęścia i nie staraj się zwrócić oczu na istotę, której nigdy nie powinieneś był oglądać. Proszę cię jedynie o godzinę widzenia przed wyjazdem, jestem w nastroju pożegnalnym.

List CXXXVIII

Niedziela, 17 września 1775

Och, nie, nie jestem już na tyle szczęśliwa albo nieszczęśliwa, aby w żółć i w truciznę obracać każde twoje słowo: uporałeś się z tym zupełnie; jednym słowem ściąłeś w lód mą duszę. Przypomnij sobie tajemnicę, która ci się wymknęła: dała mi klucz do tysiąca rzeczy, które mi się zdawały nie do wytłumaczenia. Sądziłam, że będę czytać list młodej siedemnastoletniej osoby100 piszącej do człowieka, który jest jej mężem od czterech dni, a tymczasem zamiast tego to młoda osoba pisząca do człowieka, którego kocha z wzajemnością od dwóch lat. Z tą chwilą wszystko, co pisze, jest naturalnym wyrazem miłości czułej, wyznanej i podzielanej od dawna. Ten mimo woli zdradzony sekret wytłumaczył mi również ów bezecny bilecik, który otrzymałam z Courcelles; wytłumaczył, ale nie usprawiedliwił, nic bowiem w świecie nie może usprawiedliwić podobnej zniewagi.

Mój Boże, i ja mogłam cię widzieć, mogłam słuchać ciebie, mówię do ciebie jeszcze! Och, jakże człowiek się stacza, skoro zdołał zdeptać pierwsze wyrzuty! Tak, czuję potrzebę powtarzania tego, mówienia sobie tego bez przerwy. Byłam przedmiotem miłości pana de Mora, to znaczy duszy wzniosłej, silnej, istoty najdoskonalszej, jaka kiedykolwiek istniała: ta myśl podtrzymuje mą duszę, krzepi me serce i wraca mi dosyć dumy, aby się nie dać unicestwić twoim upokorzeniom i zniewagom. Nie odpowiedziałam na twój bilet pisany w chwili wyjazdu? Ech, dobry Boże, i cóż mogłam odpowiedzieć? Kiedy czytam te wyrazy twej tkliwości, oto co rozum mi powiada: toż samo mówi i innej, może wkładając więcej siły i uczucia; a jest ta różnica pomiędzy tą inną a mną, że w stosunku do niej on kieruje wszystkie czynności swego życia, aby jej dowieść, że czuje to, co mówi; wobec mnie zaś, przeciwnie, nie ma ani jednego wśród jego uczynków, który by nie był w sprzeczności i niezgodzie ze słowami.

Wobec tej tak słusznej, tak okrutnie usprawiedliwionej refleksji powiedz mi, co odpowiedzieć? Odwołuję się do twego sumienia; czy sądzisz, że mogłabym wniknąć w nie i zachować sąd i uczucia takie, jakich pragniesz? Otóż, śmiem cię upewnić, że gdybyś wniknął w moje, ujrzałbyś jedynie zbrodnię, do której ty mnie doprowadziłeś. Nie miałam jednej myśli, jednego drgnienia, które by mi nie powinny zdobyć twego szacunku, jeżeli można go użyczyć osobie, która poświęciła nam to, co winno być droższe niż honor.

Ale powiedz mi, dlaczego czynisz mnie przedmiotem swoich uczuć moralnych i praktyk swojej cnoty? Bardzo późno przyszło ci to do głowy; jeżeli sobie nakładasz to zadanie przez pokutę za zło, które wyrządziłeś, ostrzegam cię, że znowu błądzisz. Abyś miał zasługę w tym postępowaniu, w którym rozwijasz cierpliwość, wytrwałość, dobroć, pobłażliwość wprost niewyczerpane, trzeba by, powiadam, aby tyle cnoty osiągnęło jakiś skutek; trzeba by przynieść ulgę, pocieszyć, powtórzyłam ci zaś po sto razy, że nie możesz już nic uczynić dla mnie, jak tylko dać mi cierpieć i kazać mi nienawidzić chwilę, w której wydałam się tobie. Upewniam cię, nie mam zamiaru czynić wymówek, przebaczam ci z całego serca, a to co dziś mówię, to jedynie odpowiedź na twój list. W owym bileciku z soboty wyraziłeś obawę, aby nieszczęście, które jakoby szerzysz dokoła siebie, nie spłynęło na twą żonę. Cóż miałam odpowiedzieć? Że sama ta obawa starczy, aby ją od tego ubezpieczyć: że abnegacja, z jaką złożyłeś jej w ofierze swój czas, swoje przywiązania i swą osobę, powinny również stać się jej rękojmią. Cóż dodać jeszcze? Że pragnę tego; oto w istocie wszystko, co można uczynić dla kogoś, z kim się nie jest w żadnych stosunkach.

Ludzie, którzy nie widywali pana w towarzystwie żony i którzy nie znają jak ja uczucia, które budzisz w niej od dwóch lat, powiadają, iż posunąłeś obowiązki małżeńskie aż do niewolnictwa; powiadają, że jedynie lokaje — a liczę w to i panów ze Dworu — zdolni są nagiąć się do godzin; uważają, że ten odgłos dzwonka o jedenastej jest surowy na kształt klasztornej reguły; widzisz sam, prawią głupstwa, ponieważ nie znają twego sekretu. Co do mnie, znam go i powiem ci znowuż mój... Ale nie, dość na dzisiaj.

Jestem bardzo niespokojna: wicehrabia de Saint-Chamans ma się coraz gorzej; lekarze nie umieją wytłumaczyć sobie tego stanu, co do mnie, przeraża mnie. Hrabia de Crillon przechodzi ciężkie chwile; żona powiła szczęśliwie, ale dziecko umiera. Nie nad dzieckiem płacze, ale ze zmartwienia, jakie sprawi to żonie, i z męki, jaką mu sprawia oszukiwać ją co do stanu dziecka. Szczęśliwi ludzie mają tedy również swoje zgryzoty? Tak! skoro pan mi pisze, że masz ich wiele; ale sam przyznajesz, iż czas przyniesie ulgę, o czym i ja jestem przekonana. Ze zdrowiem jestem gorzej niż kiedykolwiek; miałam parę napadów gorączki, ale przysięgłam sobie nie dać się truć lekarzom. Żegnaj. Nie żądam ani twego uczucia, ani twojej szlachetności, ani cnoty; osądź, czy nie zostawiam ci swobody!