List CXXXIX

Czwarta rano, sobota, 23 września 1775

Niestety! zatem to prawda, przeżywa się wszystko! Nadmiar nieszczęścia staje się tedy lekarstwem! Ha! mój Boże, nadeszła chwila, w której mogę ci powiedzieć równie szczerze: Będę żyć, nie kochając cię, jak mówiłam ci trzy miesiące temu: Kochać cię lub umrzeć. Miłość moja doświadczyła wszystkich wstrząśnień, przeszła wszystkie napady ciężkiej choroby; zrazu miałam nieustającą gorączkę z zawrotami i maligną; później gorączka straciła swą ciągłość, przeszła w napady, ale tak gwałtowne, tak nieobliczalne, iż choroba zdawała się tym gwałtowniejsza. Utrzymawszy się przez długi czas w tym stopniu, osłabła nieco; napady stały się rzadsze, wysiliły się; zdarzały się w pauzach momenty spokoju podobne do zdrowia lub przynajmniej pozwalające się go spodziewać. Jeszcze dalej, z czasem gorączka ustała zupełnie i wreszcie od kilku dni mam uczucie, iż zostało mi jedynie wstrząśnienie i niemoc, idące zawsze w ślad długiej i ciężkiej choroby.

Zdaje mi się, że przewiduję długą konwalescencję, nie z tego rodzaju, jaki maluje Saint-Lambert, mówiąc:

Och! jakże dusza syci się zdrowia powrotem!

Nie, moja nie zazna już tego stanu rozkoszy, ale dozna ulgi; nie będzie już doświadczała czynnego rozdarcia i to już dość; mimo bowiem iż będę wolna od bardzo okrutnego cierpienia, zostanie mi inne, o wiele dawniejsze, bardziej bolesne, głębokie, rozdzierające. Ta rana nie zasklepi się nigdy, będzie się coraz więcej jątrzyć i zatruwać zgryzotą i wyrzutem każdej chwili; wreszcie może znajdzie środki uśmierzające, to jedyne lekarstwo na nieuleczalne cierpienia.

Oto historia i wierny obraz stanu mojej duszy; nie ma jednego słowa, jednej okoliczności, które by się nie dały zastosować do obecnego położenia. Kochałam cię do szaleństwa; poznałam wszystkie stopnie, odcienie, nieszczęścia i namiętności: chciałam umrzeć, zdawało mi się że umieram, wstrzymał mnie czar związany z miłością, nawet nieszczęśliwą. Od tego czasu długo zastanawiałam się, wahałam, cierpiałam jeszcze, słowem, nie wiem, czy to ty, czy twoje postępowanie, czy konieczność lub może nadmiar mego nieszczęścia; wszystko wreszcie przywiodło mnie do mniej opłakanego stanu. Spojrzałam dokoła siebie, spostrzegłam przyjaciół, których moje nieszczęście i szaleństwo jeszcze nie odstręczyły, przekonałam się, że jestem otoczona staraniami, dobrocią, oznakami sympatii.

Pośród tylu podpór i tylu ukojeń, spostrzegłam jedno uczucie żywsze, gorętsze: jest ono tak szczere, tkliwe, słodkie, iż w końcu wniesie niezawodnie w mą duszę spokój i pociechę. Czyż mogę rościć sobie pretensję do czegoś więcej i czegoś lepszego? Po strasznej burzy, jaka miota mną od trzech lat, czyż to nie znaczy zawinąć do portu? Czyż to nie znaczy widzieć już otwarte niebo?

Nie, nie sądź, iż przesadzam sama przed sobą postępy swego uleczenia; widzę się, jak jestem, czuję się nieco spokojniejszą, uważam się za nieco podatniejszą dla pociechy. Ale lękam się sama siebie, swego uczucia, swej słabości i, co za tym idzie, pragnę z głębi serca, abyś ty się oddał niepodzielnie swoim upodobaniom, przyjemnościom, sympatiom, namiętnościom, mniejsza o to czemu, byleś był dosyć zajęty lub oszołomiony, aby nigdy nie pozwolić sobie na nawrót ku mnie, zdolny jeszcze zbłąkać mą myśl i zamącić duszę. Oto czego oczekuję po tobie; oto jedyna łaska, której pragnę za cenę tylu łez, cierpień i takiej miłości.

Bez wątpienia mniej by mnie kosztowało umrzeć niż oderwać się od ciebie; rychła śmierć uczyniłaby zadość mej naturze i uczuciu, ale tortury, przez które przepędziłeś mą duszę, wyczerpały jej siły, straciła energię; przy tym poznałam, że jestem kochaną, to miękczy człowieka. Jak opuszczać życie, kiedy jest ktoś, kto chce nas zatrzymać przy nim mocą najtkliwszego uczucia! Trzeba było umrzeć w chwili, gdy straciłam tego, kto mnie kochał i kogo ja kochałam bardziej niż cokolwiek w święcie! Oto jedyny wyrzut, który śmiem ci uczynić: czemu mnie zatrzymywałeś? Czy po to, aby mnie skazać na śmierć powolną i bardziej okrutną niż ta, ku której biegłam? Dałożby niebo, abym mogła wymazać z pamięci i usunąć z życia ostatnie lata! Te, które je poprzedziły, będą na zawsze stanowić czar i udrękę mego serca.