Och! po sześciu latach rozkoszy i szczęścia Niebios, powinno się uważać istnienie za dość wielkie dobro, aby nawet w otchłani nieszczęścia składać za nie dzięki bogom! Gdybym odzyskała spokój, gdyby moja dusza mogła się ustalić, te trochę dni, które mi zostały do przeżycia, byłyby może jeszcze znośne. Będę się starała znaleźć pociechę w tym, co dla kogo innego byłoby rozkoszą i szczęściem; będę kochała przez wdzięczność kogoś, kto byłby wart, aby go lepiej kochać, gdybym umiała odwzajemnić żywą i gorącą skłonność, która się do mnie garnie.
Od trzech miesięcy muszę sobie wyrzucać, iż odtrącam twardo i niewdzięcznie wyraz najżywszej skłonności, która jest wypływem szczerego uczucia i której mimo mej woli otrzymałam niedwuznaczne dowody: a wyobrażasz sobie, że muszę być trudna na punkcie dowodów! Jesteś zapewne zdumiony; sądzisz, że mi się majaczy; nie ma słowa w tym, co mówię, które by ci się nie zdawało obrażać prawdy i prawdopodobieństwa: cóż, to panu posłuży za dowód faktu, który mogłeś już stwierdzić, ale nigdy w wypadku równie osobliwym: iż prawda może niekiedy nie być prawdopodobna.
Niestety! mnie wydaje się to równie zdumiewające jak panu; zdumiewam się, że istnieje jeszcze ktoś na ziemi, kto może pokładać swą przyjemność i nadzieję w istocie najsmutniejszej i najmniej zasługującej na czyjeś zainteresowanie. Nadmiar nieszczęścia wywiera tedy pociąg na pewne dusze? Tak, widzę to, istnieje w człowieku potrzeba współczucia, zajęcia się, przejmowania, wzruszania; zbliżając się do mnie, ludzie ulegają temu usposobieniu bez żadnej chęci z mej strony. Od dawna zauważyłam, że ten człowiek nie rozstaje się nigdy ze mną bez wzruszenia, i mam głębokie przekonanie, że to nieszczęście, choroba i starość zastępują mi w jego oczach miejsce uroku, młodości i powabów. Czy sądzisz, że jest możebnym czerpać próżność z tego, iż się wywiera podobny urok ma zacnego i uczuciowego człowieka? Otóż nie, nie czuję się próżna; jestem zbyt nieszczęśliwa, zbyt głęboko nieszczęśliwa, aby być dostępna przyjemnostkom i głupstwom próżności. Nie wspomniałam ci dotąd o tym; lękałam się, iż mówiąc, nadam samemu faktowi zbytnie istnienie; nie chciałam nawet myślą zatrzymywać się przy tym. W pierwszych dniach rozpaczy, kiedy i ty wydałeś wyrok przeciw memu spokojowi i życiu, odtrąciłam ze wstrętem wszystko, co się mnie siliło rozproszyć; wolałam raczej umrzeć niż oderwać się od ciebie; miałam nadzieję, iż uspokoję się po dekrecie, jaki na mnie wydałeś; sądziłam, iż twoja obecność przyniesie mi ulgę, że usłyszę od ciebie słowa, jakich mi było trzeba, że pomożesz mi przenieść101 cios, którym mnie ugodziłeś.
Nie znalazłam nic z tego wszystkiego. Nie mając zamiaru podnosić skarg, ani czynić ci wyrzutów, utwierdziłam się, ale to najzupełniej stanowczo w przekonaniu, że twoje małżeństwo winno przeciąć na zawsze nasz stosunek, że odtąd przyniósłby tylko niesmak i męczarnie, że stałabym się panu ciężarem, może przedmiotem wstrętu, i że byłbyś zmuszony, zarówno jak ja, zasklepić się w tak uciążliwych praktykach cnoty. Szczęściem, nie łączą nas żadne obowiązki, byłoby tedy ohydnym nakładać sobie ten przymus. W pierwszej chwili, kiedy utopiłeś sztylet w mym sercu, sądziłam, iż niepodobna mi będzie nie znienawidzić ciebie: ale ten straszny odruch nie mógł trwać długo w duszy pełnej tkliwości i żaru. Od tego czasu przeszłam wszystkie męczarnie, wszystkie wstrząśnienia boleści i oto wreszcie doszłam do stanu, który wydaje mi się spokojem, a który jest może tylko wyczerpaniem i przygnębieniem. Ale bodaj na przyszłość nie będę musiała wyrzucać sobie tego, co cierpię: to samo już, jak sądzę, jest wielką ulgą.
Aż dotąd byłam potwierdzeniem tego, co mówi La Rochefoucauld, że u większości kobiet rozum służy raczej za poparcie ich szaleństwu niż ich rozsądkowi. Jakie to prawdziwe! Umieram ze wstydu, kiedy sobie przypomnę, do czego śmiałam rościć pretensje. Tak, byłam tak dzika lub raczej tak szalona, aby się łudzić, iż mogę kiedyś stać się głównym przedmiotem twych uczuć, a szaleństwo moje dostarczało mi argumentów dość podatnych, aby nadzieją ukołysać mą namiętność. Pomyśl, proszę, do jakiego stopnia złudzeń mnie ona przywiodła! Przysięgam wszelako, że to nie miłość własna ciągnęła mnie na te manowce; ona to, przeciwnie, pomogła mi wrócić do prawdy i rozsądku; ona to sądzi mnie dziś bardziej surowo niż ty sam byłbyś do tego zdolny. Wszystko, czego mi odmawiasz, wszystko, czym nie chciałeś być dla mnie, wydaje mi się dziś tylko koniecznym następstwem trafności twego sądu i smaku.
Nie sądź wszelako, iż ja uważam, żeś był ze mną sprawiedliwy, dobry i uczciwy; to mój rozum, nic tylko mój rozum wypowiada się dzisiaj. To, że widzę się w przeszłości tak słabą, tak występną, szaloną, to nie usprawiedliwia jeszcze wszystkich krzywd, które mi uczyniłeś, ale które ci przebaczam z całej duszy. Są upokorzenia, których człowiek nigdy nie zdoła przeboleć, ale chcę mieć nadzieję, że czas wymaże ich pamięć. Pragnę, aby małżeństwo twoje uczyniło cię równie szczęśliwym jak mnie nieszczęśliwą; wierzaj mi, kiedy takie życzenie jest szczere, niepodobna dalej posunąć dobroci i wspaniałomyślności. Nie otrzymałam odpowiedzi na list sprzed tygodnia; nie skarżę się, donoszę ci tylko, nie chciałabym bowiem, aby gdzie zaginął. Nim wyjedziesz na wieś, proszę, byś mi odesłał trzy listy pisane do Metzu; jeżeli wreszcie otrzymasz ów z Bordeaux, zechciej go również dołączyć.
Nie otrzymałam cukierków, oto czemu nie podziękowałam. Jedynie nienawiść obraca miód w truciznę, a ja nie czuję nienawiści. Jeżeli kiedy będziemy jeszcze mówili o tym, co byłoby tak dobrze zapomnieć, wytłumaczę panu ostatni wybryk szaleństwa, jaki popełniłam we czwartek, pisząc do pana. Powiem, co za tortura pchnęła mnie do tego wybuchu uczucia i słabości. W istocie, wszystko spiknęło się, aby mnie przywieść do szaleństwa; nie wiem już sama, co mnie bardziej gnębi, czy to złe, które ty mi wyrządzasz, czy to dobre, które kto inny chciałby mi świadczyć. Nie mam już sił; potrzebowałabym uciec na pustynię, aby odpocząć.
Jakże współczuję z tobą, cóż za rozpaczliwie długa epistoła! Ale jestem tak chora, tak przybita, że nie miałam siły doprowadzić jej do ładu i uprzątnąć co niepotrzebne. Czuję to, długie cierpienia nużą duszę i wyczerpują głowę; ale jeżeli pozwoliłam sobie rozgadać się tak długo raz jeden, to aby więcej do tego nie wracać: są przedmioty, do których wracać jest niepodobieństwem.
Gdybyś był w Paryżu, nie przyszłoby mi do głowy przesyłać ci ten tom: nie przeczytałbyś go. Mam dowody, że nie czytywałeś moich listów; to zupełnie naturalne: uwagę twoją pochłaniały o ileż bardziej zajmujące osoby i rzeczy; toteż ręczę, że już nie zjawię się tak nie w porę. Bądź zdrów, drogi mój. Po raz ostatni pozwolę sobie na to miano: zapomnij, że to moje serce je wyrzekło. Zapomnij o mnie! Zapomnij wszystko, co wycierpiałam! Pozwól mi wierzyć, iż szczęściem jest być kochaną, pozwól wierzyć, iż wdzięczność wystarczy mej duszy! Słowem, zostaw mnie, nie jestem już twoją. Żegnaj, żegnaj.