Nie chcę ani cię przerażać, ani wyzyskiwać twego współczucia, ale czuję, że z tego umieram. Nie ma już dla mnie ratunku; przypuszczając bowiem niemożliwość: to jest, że stałbyś się znów wolny i że byłbyś dla mnie tym, czym pragnęłam, byłoby za późno; podwaliny życia są podgryzione, widzę to bez żalu i przestrachu. Mój przyjacielu, przeszkodziłeś mi zabić się i zadałeś mi śmierć! Cóż za niekonsekwencja! Ale przebaczam ci: niedługo wszystko będzie obojętne. Mój Boże, nie chcę ci robić wymówek, gdybyś czytał w mej duszy, jakże daleką jest od chęci sprawienia ci nawet chwilowej przykrości!
Nie, w otchłani nieszczęścia, czując się ofiarą tego, iż pokochałam, czując się równie występną jak nieszczęśliwą, znajduję w sercu jedynie najżywsze pragnienie twego szczęścia; twoje dobro jest jeszcze główną sprężyną życia, które mnie opuszcza. Bądź zdrów, drogi mój; widzisz, nie byłam zła; ale są miejsca, rzeczy, które nie zostawiają we mnie nic prócz bólu. Pisz do mnie: mów mi, co robisz, czy jesteś zadowolony: czy to, co cię obchodzi, skończyło się, jak pragnąłeś. Wreszcie, drogi mój, znajdź, jeśli możebne, nieco słodyczy, aby wlać parę chwil wytchnienia w serce głęboko zranione, a które mimo to całe jest twoim.
Będę pisała co wieczór, wyjeżdżając zaś z Fontainebleau, odeślesz mi wszystkie listy. Och, nie nazywaj tego nieufnością; to raczej troska o ciebie i o twój spokój.
List CXLIII
Godzina czwarta, poniedziałek 16 października 1775
Drogi mój, piszę rano, ponieważ lękam się, że wieczorem nie będę mogła. Wczoraj miałam gorączkę dość silną, tej nocy zaś, o drugiej, myślałam, że skonam w napadzie kaszlu i duszności, w której dosłownie pasowałam się ze śmiercią. Przerażenie pokojówki zrodziło we mnie myśl, że w istocie śmierć musi być czymś bardzo strasznym; twarz się jej zmieniła zupełnie. Jeszcze jestem w łóżku, zostało mi jedynie nieco duszności obok zwyczajnych cierpień.
Czy nie jesteś w Montigny albo czy się nie wybierasz? Czy pani de Boufflers nie naznaczyła Ci spotkania? Wyjechała dziś z księdzem Morellet; wraca we czwartek. Arcybiskup Tuluzy ma przybyć dziś wieczór. Ktoś, kto dobrze zna panią de Boufflers, powiedział mi wczoraj: ta kobieta czyni się ofiarą opinii i tak dalece zabiega się o nią, że ją grzebie. Założyłbym się, mówił, że uczyni co w jej mocy, aby się znaleźć nie na obiedzie królów, jak Kandyd w Wenecji, ale na obiedzie ministrów, w Montigny. Mówił to jako przypuszczenie, dziś rano zaś otrzymałam odeń tych parę wierszy: Czy będzie pani wierzyła w mą znajomość ludzi? Śmiała się pani ze mnie wczoraj; otóż donoszę pani, że dama wyjechała dziś rano i że wpakuje się w sam środek ludzi, których ledwie że zna. Próżność nad próżnościami!
Mój przyjacielu, jeżeli to po to, aby ciebie widzieć, dobrze zrobiła; musi być jej drogim człowiek, wobec którego raz zdobyła się na to, aby być szczerą; musi to być dla niej wielka ulga odłożyć na chwilę maskę. Jak można wyżyć w takim nieustannym przymusie? Czyżby próżność była najsilniejszą rzeczą w przyrodzie?
Mój przyjacielu, powiedz mi, jak myślisz, kto będzie ministrem wojny? Wedle tego co mówią, ma nim być baron de Breteuil, który strawił życie w sprawach zagranicznych: to byłoby zupełnie jak w Skąpcu. Czy dużo już oczytałeś się przed rozpoczęciem swego wielkiego dzieła? Miałeś tydzień czasu, ale ty robisz wszystko tak szybko, że osiem dni wystarczyło może na to, czego kto inny nie dokonałby w osiem miesięcy.
Widziałeś pana Turgot? Jest to właśnie chwila, że praca, której dokonałaś dla niego, może być bardzo użyteczna. Zobaczysz go w Montigny; chciałabym, abyś z nim pomówił; przekonasz się, że jest o wiele wyższy nad ludzi, którzy go sądzą z uprzedzeniem i stronniczo i którzy wpływają na twój sąd.