Kilka dni temu pisałeś mi, zapewne w myśli uszczęśliwienia mnie: Z tego miejsca piszę ci, że cię kocham, z tego miejsca, gdzie jestem kochany, zajęty, spokojny etc. Och, mój drogi, to bardzo zwyczajna rzecz być kochanym, kiedy ktoś jest młodym, kiedy ma miłą powierzchowność, kiedy ma wzięcie i obejście człowieka pragnącego się podobać, a zwłaszcza kiedy wszystkie czynności życia dowodzą, iż nie dba zbytnio o nic! I jakże nie miano by cię kochać? Toć kochają i głupców, i dudków! Pani de Bouzot, młoda, ładna i urocza, kocha męża, a co mnie przejmuje zdumieniem, jemu nie przewróciło się w głowie; nie sądzi, jak hrabia de Crillon, aby był tym wybranym, pamięta, że to dwadzieścia pięć tysięcy renty skleiły jego małżeństwo. Ale czy wiesz, co jest osobliwe, rzadkie, nadzwyczajne, co graniczy z cudem — mimo iż istnieje kilka takich przykładów, jak Diana de Poitiers, pani de Maintenon, panna Clairon — to móc powiedzieć: ktoś mnie kocha, kiedy się jest starą, smutną, chorą i strawioną nieszczęściem; a zwłaszcza kiedy można sobie powiedzieć: kocha mnie człowiek miły i godny, człowiek znajdujący się w tym okresie życia, kiedy się jest najbardziej drażliwym i trudnym, a zarazem kiedy się ma prawo wymagać wszystkiego i zasługuje się, aby być tym wybranym.

Oto, mój przyjacielu, czym warto się pochwalić, ponieważ to graniczy z cudem. Ale czerpać próżność z miłości własnej żony, wówczas kiedy się jest uroczym i kiedy od rana do wieczora można jej mówić i dowodzić, że się ją kocha namiętnie! Och, fe, jakież to pospolite! Hrabia de Crillon powiada toż samo i rozkoszuje się tym samym; ale, po prawdzie, nie sądzę, aby istniała osoba, która by miała pokusę być trzecią w tej kombinacji i która by była dość opuszczona, aby się łakomić na resztki z tej wielkiej miłości!

Bądź zdrów, mój przyjacielu. Nie wiem, po co rozpowiadam ci o tym wszystkim. Jeżeli mam gorączkę, to nie na tyle, abym miała majaczyć; ale sprawia mi przyjemność rozmawiać z tobą, mówię wszystko, co mi przyjdzie do głowy. Piszże do mnie, potrzebuję pociechy i oparcia; dusza moja i ciało są w opłakanym stanie. Miły mój, jesteś o czternaście mil; to bardzo daleko, a byłoby bardzo blisko, gdyby... — ale bywaj zdrów.

List CXLIV

Wtorek, czwarta, 17 października 1775

Czekałam poczty, chciałam listu od ciebie, ale ty nie chciałeś. Zobaczyłam na jednym z listów pieczęć z Fontainebleau, odetchnęłam swobodniej, a potem poznałam omyłkę. Och! nie, ten list nie był od ciebie. Mój Boże, jakaż ja niesprawiedliwa i szalona; a zwłaszcza jaka jestem nieszczęśliwa! Miły mój, gdybym mogła cię nie kochać, gdybym mogła kochać tych, których nie kocham, może ta reszta życia, która mi została, nie byłaby wydana na cierpienie będące torturą dla ciała i duszy.

Mimo wszystko mniej cierpię dzisiaj; wzięłam ipekakuanę w wielkiej dawce, co w pierwszej chwili zmęczyło mnie śmiertelnie, ale zdaje się, wróciło nieco powietrza płucom; wczoraj nie oddychałam już. Drogi mój, nie wiem, po co ci mówię o swoim zdrowiu; kiedy cię widzę, nie mówię o nim nigdy, ale bo też wówczas przestaję cierpieć. W jaki sposób można by nie kochać trochę istoty, której się robi tyle dobrego, a zwłaszcza której się robi tyle złego? Och! dlaczego się kocha? lub nie kocha? Któryż głupiec, która dusza z lodu umiała sobie zdać kiedy sprawę z tego?

Kawaler de Chastellux nie omieszkałby nas pouczyć; on zawsze bardziej skłonny jest do rozumowania niż do czucia. Powiedziano mi, że przeszedł bardzo przykre chwile przed kilku dniami na przedstawieniu sztuki p. de Lavalette, którą oklaskiwano z zapałem i której panie de Grammont i de Beauvau nie mogły się dość nachwalić. Kawaler był przybity i nie mógł ukryć niezadowolenia. Pani de Gleon zachowała się podobnie i oboje odegrali w całym towarzystwie bardzo niemądrą rolę. Zdradzam tu panu tajemnicę Kościoła, a nie komedii. Aby pokrzepić nieco ich miłość własną, dają dziś Romea i Julię, a potem Agatę; pani de Beauvau opóźniła wyjazd, aby być świadkiem tryumfu i przygotować go; ale śmiertelnie się obawiam, aby Romeo nie zabił powodzenia Agaty. Czy znasz, drogi mój, tego Romea? To nie jest złe, to nie jest mierne, nie jest nawet nudne, ale to jest potworne, zdolne wypędzić człowieka z teatru. Słyszałam z ust hrabiny de Boufflers zdanie, że to jest równie piękne jak Corneille i lepsze niż sztuka angielska. Byłam z nią na pierwszym przedstawieniu; co do mnie, doświadczałam tak odmiennych uczuć, iż byłabym chętnie zemdlała, aby mnie wyniesiono z sali. Zapewne to ja byłam w błędzie, ale niepodobna mi sądzić o czymś na zimno i urobić sobie zdanie wbrew temu, co czuję.

Przesyłam ten list na ręce pana de Vaines; nie wątpię, że jesteś razem z nim w Montigny. Miły mój, czy miejsce, ludzie, przedmioty, urok wszystkiego razem zostawił ci swobodę pomyślenia, iż mógłbyś napisać do mnie przez Nangisa? Przybyłeś w niedzielę do Fontainebleau; gdybyś napisał w poniedziałek rano, miałabym słówko dzisiaj; ale ty chciałeś naraz widzieć królowę, pana de Duras, ministrów, przyjaciół, znajomych, obcych; słowem, trzebaż koniecznie wszystko widzieć, słyszeć, wiedzieć. Przy tym interesy, załatwia się je byle jak, ale mniejsza! Dużo widziałeś, dużo ugadałeś się z ludźmi i z końcem dnia jesteś tak mądry jak wprzódy; ale zaspokoiłeś tę uroczą ruchliwość wiewiórki i powiadasz sobie, że za dziesięć lat będziesz miał głowę i interesy bardziej w porządku; w czym się łudzisz, ręczę.

Mój Boże, jak słodko było kochać i żyć dla kogoś, kto wszystko poznał, wszystko osądził, ocenił i który jak Mędrzec skończył na tym, iż uznał, że wszystko jest jeno102 próżność! Kochać wystarczało jego sercu i duszy! ha! jakże piękną, jak szlachetną była ta dusza! Mój przyjacielu, dałabym resztę życia, która mi została, za to abyś go był poznał.