Aby odmienić ton, powiem ci, że w czasie jednej z długich bezsennych nocy zastanawiałam się nad hrabiną de Boufflers: dociekałam, skąd pochodzi, iż z tylą dowcipu, wdzięku i powabów robi ona na ogół tak małe, a zwłaszcza tak nietrwałe wrażenie; zdaje mi się, że doszłam przyczyny. Słuchaj: czy nie zgadzasz się, że istnieje we wszystkim jakaś prawda, bodaj oparta na konwencji? Istotnie prawda malarska, sceniczna, prawda uczucia, rozmowy etc. etc. Otóż pani de Boufflers nie ma prawdy w niczym. I to tłumaczy, w jaki sposób strawiła życie, nie podbiwszy, nie zainteresowawszy nawet tych, którym najbardziej pragnęła się podobać.
Chcesz oglądać odwrotną stronę medalu? Znasz osobę, która przez całe życie pozbawiona była uroków powierzchowności i powabów zdolnych podobać się, pociągnąć i wzruszyć, a mimo to, ta osoba miała więcej powodzenia i była tysiąc razy więcej kochaną, niż mogła sobie rościć praw. Znasz tajemnicę tego faktu? To iż posiadała zawsze we wszystkim prawdę i to, iż była zawsze szczera. Boileau streścił to, co ja rozwodniłam w mnóstwie słów:
Prawda jedynym pięknem, co wzruszyć nas zdoła,
Wszędy władać powinna, w płochej bajce zgoła.
Mój przyjacielu, o ile zrazu musiałam ci się wydać nieco głupia, teraz zrobiłam się zabijająca; nie wiem już doprawdy, czym cię uraczyć; wycisnęłam ci najpierw łzy, teraz zmuszam do ziewania z nudów. Czuję się tak wyczerpana, że już nie napiszę do nikogo dziś wieczór, mimo że jestem winna do Fontainebleau odpowiedź komuś, kogo nie przyprawiam o ziewanie; ale też ta osoba musi w to wkładać olbrzymi kapitał pobłażliwości, nie trzeba bowiem być próżną, mimo że i w tym jest wiele prawdy.
Och, miły mój, co jest najprawdziwszą prawdą, to że cię kocham z taką furią, jak gdybyś uczynił ofiarę ze swego szczęścia dla mego spokoju i przyjemności. Tak, nieszczęście wydaje mi się tym bardziej przygniatające, że tobie to byłabym pragnęła zawdzięczać szczęście. Napiszę do ciebie już tylko jutro, we czwartek, wyobrażam sobie bowiem, że wyjedziesz w sobotę. Czyżby Dwór miał więcej powabu niż...?
List CXLVI
Czwartek wieczór, 19 października 1775
Wymówki twoje przytłoczyłyby mnie, gdyby ich nie uprzedziło własne me postanowienie. Obwiniałam się wczoraj, mówiłam ci, że okrutnie i podle jest narażać cię na cierpienie z powodu nieszczęścia bez ratunku; trzeba nim żyć albo odeń umrzeć, ale zwłaszcza trzeba milczeć. Masz duszę dość bogatą, dość znałeś i czułeś nieszczęście i miłość, aby pojąć szaleństwa, do których mogą doprowadzić; brzydzę się tymi szaleństwami i wyrzekam się ich, chciałabym umrzeć, nim zdołam cię obrazić.
Przeczuwałam może to nowe nieszczęście, kiedy chciałam opuścić życie i uciec przed tobą; czułam, iż po okrutnej stracie, jaką poniosłam, dusza moja nie mogłaby odzyskać wiary. W istocie, nie powinnam już była kochać, nie mogłam już kochać; skoro bodziec mego życia, skoro Bóg, który mnie podtrzymywał, ożywiał, przestał istnieć, zostałam sama we wszechświecie. Ha! dlaczegóż ty się znalazłeś? Po co było zbliżać się do mnie? W owej chwili nie potrzebowałam pociechy ani oparcia. Czemu mówiłeś mi wyrazy, które dusza moja przywykła słyszeć z czułością albo z uniesieniem? Czemu przybrałeś język człowieka, który właśnie umierał dla mnie? Po co wreszcie obłądziłeś mój rozum, już zmącony nadmiarem nieszczęścia? Do ciebie należało sądzić, przewidywać; ja mogłam jedynie jęczeć i umrzeć. Widzisz straszliwe następstwa, jakie pociągnęła ta chwila zapomnienia.