Mój przyjacielu, wypisałam cztery stronice dziś rano, ale nie mogę dokończyć dnia bez powiedzenia, że cię kocham. Widziałam przed chwilą osobę, która kocha mnie najbardziej w świecie, i to dało mi jedynie lepiej uczuć, do jakiego stopnia cię kocham. Po trzech miesiącach nieobecności, gdyby mi ciebie oznajmiono niespodzianie, jakże zadrżałabym od stóp aż do głowy! Jak nie wiedziałabym, ani co mówię, ani co do mnie mówią!
Tak, jedyny mój, trzeba kochać, aby poznać wszystkie dobra i przyjemności, jakich natura użyczyła ludziom; słodko jest, bez wątpienia, być kochanym, ale szczęście leży w odwzajemnieniu. Albowiem sądzić, oceniać przywiązanie godnego człowieka, odpowiadać przyjaźnie na bezwolne drgnienia duszy, widzieć smutek i niezadowolenie malujące się kolejno na twarzy kogoś całkowicie przepełnionego pragnieniem naszego szczęścia, to wszystko, jeżeli głaszcze miłość własną jakiej gąski, jakże osmuca szlachetną i tkliwą duszę! Miły mój, mogłabym ci rzec jak Pyrrus do Andromaki:
Ha! jedno z westchnień, które me serce śle tobie,
Ileż szczęścia przyniosłoby innej osobie!
Mój Boże, czyżbyś nie cierpiał, gdybyś nie miał ode mnie wiadomości? Czyż to nie robi pustki w twoim życiu? Byłżebyś tak zajęty lub tak upojony, iż nie doświadczasz jakiejś nieokreślonej tęsknoty? Czyż nie jestem blisko twej myśli, kiedy nie jestem przy tobie? Och, miły mój, te pytania malują ci jedynie słabą cząstkę tego, co odczuwam: umieram ze smutku.
Przyjaciele moi sądzą, że to chorobą swoją tak się gnębię: miałam dziś wieczór dowody dobroci p. d’Anlezi i p. de Schomberg: uspakajali mnie co do moich piersi, kaszel mój rozdzierał ich, a oni mnie pocieszali, zacni ludzie! Nie wiedzą wszystkiego, co ja cierpię. Ale nie zasługuję, aby ktoś współczuł ze mną: nawet ty, osądź bowiem bezmiar mego szaleństwa! Czuję, że cię kocham ponad siły mej duszy i ciała; czuję, że umieram przez to, iż nie czuję ciebie przy sobie. Ze wszystkich cierpień ten brak jest mi najokrutniejszy; liczę dni, godziny, minuty; głowa mąci mi się bez ustanku, chcę bowiem niemożliwości: chcę mieć wiadomość od ciebie w dnie, w które kurier nie przychodzi. Wreszcie, cóż ci powiem? Kocham cię do szaleństwa i jak szalona.
A teraz, po tym wszystkim, zrozum, jeśli możesz: nie wysyłam swoich listów; ranię cię, drażnię, chociażby przez to że ci się sprzeciwiam. Więcej powiem: gdybyś jakim przypadkiem zmuszony był zostać w miejscu, w którym bawisz, pół roku, rok albo całe życie, sądzę, iż mogę zaręczyć, że nie usłyszałbyś o mnie.
Zrozum wedle tego usposobienia wstrząśnienie, o jakie mnie przyprawił ów przeklęty bilecik, kreślony z miejsca, które przedstawia mi się w sposób okropniejszy, niż piekło przedstawiało się kiedykolwiek św. Teresie i najbardziej rozpalonym głowom. Żadne w świecie rozumowanie nie może zwalczyć tak straszliwego wrażenia; drżę jeszcze, przypominając sobie tę datę i tych kilka wierszy, które następowały po niej.
O Nieba, co się z tobą stało wówczas? Czy przestałeś być człowiekiem? Czy byłeś tygrysem?
Bądź zdrów. To przypomnienie ostudza nieco me serce.