10 listopada, piątek, po przybyciu poczty
Nie! objawy namiętności lub rozsądku (nie wiem bowiem, które z dwojga ożywia mnie w tej chwili) są niewiarygodne! Wyczekawszy się listonosza z tą żądzą, z tym podnieceniem, które czynią z oczekiwania największą udrękę, rozchorowałam się fizycznie; kaszel i wściekły ból głowy trzymały mnie przez kilka godzin. Wśród tego nadszedł listonosz: przejrzałam listy, nic od ciebie. Doznałam gwałtownego wstrząśnienia całej mej istoty, a potem nie wiem co się stało, uczułam ukojenie; zdaje mi się, że doznaję niejakiej słodyczy, iż ty okazujesz się bardziej jeszcze zimnym i obojętnym, niż ja ci się mogę wydać niedorzeczną.
Utwierdzając się w przeświadczeniu, że jestem niczym dla ciebie, sądzę, że łatwiej mi będzie od ciebie się oderwać. Jest mi tak jasnym, że możesz być tylko nieszczęściem wszystkich chwil mego życia, iż wszystko co mi daje siłę oddalenia, oddzielenia się od ciebie, jest w istocie największą ulgą, jakiej mogę doznać. Doszłam do tego, iż pragnę, aby mus lub własna ochota zatrzymały cię tam, gdzie bawisz: twoja nieobecność przestaje być dla mnie męką, staje się odpoczynkiem.
Widzę cię w upojeniu pochwał i pochlebstw, jakimi kołyszą cię przez cały dzień. To wystarczyłoby miłości własnej, ale twojej potrzebie czynu brakuje odpowiedzi pana de Saint-Germain, która by zaspokoiła zarazem twą próżność i ambicję. Oto list, którego czekasz, oto ów, którego dusza twoja łaknie.
List CLVII
Poniedziałek, trzecia popołudniu, 20 listopada 1775
Jedyny mój, jakiś ty miły i jak bardzo usprawiedliwiasz nadmiar mego obłędu i nieszczęścia! Tak, wierzę w to, wszystko, co wycierpiałam, czego oczekuję, nic nie miałoby władzy, aby mnie wstrzymać i ochronić od kochania ciebie, gdybym cię już nie kochała. Są rzeczy, które każą mi wierzyć w fatalność; miałam żyć dla ciebie przez chwilę, miałam umrzeć z tego. Ale, drogi mój, kochałam ciebie, nie skarżę się.
Pozwól mi tedy dźwigać mój los; nie dopełniaj miary mej niedoli, dając mi pokochać życie, w chwili gdy trzeba będzie je opuścić, gdy czuję, że mi się wymyka. Och, miły mój, przez dobroć, przez litość, pozwól mi wierzyć, że śmierć wyzwoli mnie od ciężaru, który mnie gniecie; pozwól mi zatrzymać się, odpocząć myślą na tej chwili tak upragnionej, tak wyczekiwanej, do której zbliżam się jakby z uniesieniem, kiedy pomyślę o wyroku, jaki wyrzekłeś dnia 1-go maja. Ale też kiedy cię słuchałam wczoraj, kiedy cię widziałam, myślałam z rozczuleniem, iż niebawem powiem ci: żegnaj na zawsze; badałam się, byłabym chciała nie czuć się tak chorą, żałowałam, iż nie mogę już mieć nadziei. Słowem, miły mój, tkliwość wypełniała mą duszę; nie pozwalała mi już powziąć pragnienia, które by miało za przedmiot rozłączenie z tobą. Z tego okropnego punktu widzenia śmierć będzie złem, wielkim złem!
Mój Boże, nigdy nie dowiesz się, w jakim rozdarciu, w jakiej martwocie i ucisku strawiłam ostatnie trzy tygodnie. Nie upadek sił, wychudzenie, straszliwy sposób, w jaki się zmieniłam, są osobliwe; niesłychanym jest raczej to, iż życie moje oparło się tej męczarni. Ale w końcu jesteś; ujrzałam cię pełnym dobroci, tkliwości; ukoiłeś mą duszę, wsączyłeś balsam w moją krew. Mniej ciężko było mi cierpieć tej nocy; nie spałam, miałam gorączkę, kaszlałam: ale naprawdę nie byłam nieszczęśliwa, byłam zajęta tobą w sposób łagodny i pełen tkliwości. Zdawało mi się, że piszę do ciebie, nie śmiałam się spodziewać wiadomości od ciebie, ale nie wydawało mi się to niemożliwe.
Osądź uczucie szczęścia, jakiego doznałam, kiedy ktoś, wchodząc do mego pokoju, powiedział mi: od pana de Guibert. Najmilszy mój, te słowa dały mi sił na cały dzień; nie lękam się już gorączki, mając twój list, lekarstwo ma nade mną większą moc niż choroba. Wypędzę z myśli to, co wraca do niej bez ustanku: Przyjechał w sobotę o piątej i czekał aż do niedzieli o pierwszej, aby się dowiedzieć, czym umarła, czym chora lub też powalona nieszczęściem.