List CLXXVIII

Piątek, styczeń 1776

Drogi mój, ledwie mogę wierzyć, że nie jestem ci utrapionym ciężarem. Jakaż to pocieszająca myśl, skoro się pisze do ukochanej istoty. Och, tak, gdybym miała żyć, trzeba by mi całkiem oderwać się od ciebie; nadto zrobiłeś się mężem stanu: masz wszystkie dotkliwe strony ministrów i nie masz już czasu dla towarzystwa, w chwilach zaś, których użyczasz przyjaźni, nawet najpoufniejszych, nie można ściągnąć twej uwagi, wciąż pochłaniają ją sprawy, którymi jesteś zajęty.

Ta uwaga, to nie krytyka; twoje talenty, dary, powinny w istocie wypełnić twe życie; jesteś zbyt czynny, a za mało tkliwy, aby się ograniczyć do życia zwyczajnych ludzi; trzeba koniecznie grać ci rolę, chociażby nie było widzów.

Mój Boże, cóż za omyłka! Całe życie nienawidziłam ambicji i ambitnych; usposobienie to było we mnie tak szczere i głębokie, iż ubezpieczyło mnie od wpływu człowieka ze wszech miar godnego kochania i pełnego dla mnie uroku; ale ta namiętność polityczna, ta potrzeba działania, zwiastowały mi duszę bardzo oschłą i wielką próżność. Drogi mój, nie powstrzymam cię z pewnością, ale oświadczam ci, że już nie zaznasz innych słodyczy prócz tych, których mogą kosztować ludzie ambitni. Sądzisz bez wątpienia, że to miłość dobrego cię pociąga; nie łudź się w tej mierze: to interes osobisty, to niemożność zostania w tłumie. Podniósłszy skalę tego wszystkiego, można to nazwać szlachetną dumą i poczuciem własnych sił, które sprawia, że chciałbyś kroczyć lekko po głowach całego świata. Sposób życia równie dobry jak każdy inny. Człowiek ściąga na siebie nienawiść, potwarz; zrazu odczuwa nieco przykrości, później obojętnieje na nienawiść, jak zobojętniał na miłość, stawia się wyżej opinii i nazywa to: stać się silnym.

Więc dobrze, po tych rozważaniach, będziesz ambitnym, ponieważ natura przeznaczyła cię do tego, a z pewnością ty wspierasz ją ze wszystkich sił; ale ja, czy wiesz, jaką mam nadzieję? To iż nie będę świadkiem twej chwały; iż ścieżka, którą obrałeś, aby dojść do niej, zada mi jeszcze trochę męki, ale wzięłam tak dobre tempo, iż jestem pewna, że odbędę swą drogę wcześniej niż ty twoją, a ręczę ci, że raz dobiwszy do kresu, nie odwrócę głowy, złożę dziękczynienie bogom.

Ale, mój przyjacielu, czy myśmy się pojednali wczoraj? Miałam uczucie, że jestem o tysiąc mil od ciebie. To mnie gnębiło straszliwie; imię twoje było w mym sercu, sądziłam, iż zaznam nieco słodyczy, a tymczasem widziałam jedynie człowieka roztargnionego, żądnego mnie opuścić. Mój Boże, i ty mówisz, że mnie kochasz! Zapomnij tych słów, nie wymawiaj ich już, nadto poruszają mi serce, a zawsze jedynie po to, aby lepiej dać mi uczuć me nieszczęście.

Dobranoc, drogi. Nie zobaczę cię jutro, widzę to już. Dziś była praca; jutro żona, a potem polityka, Wersal... Masz niewątpliwie zawsze słuszność, ale ta słuszność sprawia, że ginę w konwulsjach, mimo wszelkich starań, aby po prostu zgasnąć. Nieprawdaż, nie masz czasu, aby mi odpowiedzieć.

Och, Boże, czemu kto inny nie jest tobą? Ale to byłoby za późno; to by mnie przejęło wstrętem do śmierci, która jest tuż, tuż koło mnie.

List CLXXIX