Sobota rano, styczeń 1776

Marznę, drżę, umieram z zimna, jestem cała w potach. Ożywiasz we mnie ten organ, który jest najbardziej chory; serce moje jest zimne, ściśnięte i zbolałe i powiem jak ta szalona z Bedlam: Boli tak, że wreszcie pęknie.

Drogi mój, mam wrażenie, że upłynął wiek od wczoraj rana i boję się, że nie dotrwam do wieczora: zobaczę cię, doznam zatem ulgi. Mój Boże, nie mam już dość sił dla mej duszy: zabija mnie!

Dzień dobry, miły mój, kocham cię lepiej i bardziej, niż ty mnie kiedykolwiek kochałeś. Tak, kaszlałam, męczyłam się, ale zobaczę ciebie. Będziesz zajęty aż do wieczora, ja zaś będę miała tylko jedną myśl, która każe mi powtarzać bez ustanku:

Jakże wolno godziny nieszczęśliwym płyną!

Drogi mój, rozważ, czy chcesz być ze mną na obiedzie jutro lub w poniedziałek u hrabiego de Crillon; wybierz dzień: wolałabym raczej poniedziałek, ale twoja wola rozstrzygnie.

List CLXXX

Wpół do dziewiątej, styczeń 1776

Wiem dobrze, piszesz czarujące bileciki, ale zabijasz mnie. Zimno mi, tak zimno, że mój termometr jest o dwadzieścia stopni niżej termometru Reaumura. To skoncentrowane zimno, ten stan ustawicznej tortury wtrąca mnie w tak głębokie, całkowite zniechęcenie, że nie mam już sił pragnąć niczego lepszego. W istocie, czego pragnąć? To, co zostaje przede mną, nie więcej warte niż to, czego doświadczam. Och, tak, trzeba dokończyć dzieła unicestwienia. Nie odtrącam ani twego współczucia, ani twej szlachetności; sądziłabym, że ci krzywdę uczynię, odsuwając je. Trzeba, byś zachował złudzenie, iż możesz mi ulżyć; odruch ten byłby naturalny wobec wroga, którego się powaliło!

Mam gości w tej chwili. Przed czwartą była osoba, której oczekiwałam.