Miałam ciągle gorączkę w tych czasach: ostatni raz, kiedy pisałam do pana, dokończyłam listu trzęsąc się od dreszczów. Jest pewien kurier, który od roku wprawia w gorączkę mą duszę, ale z czasem opanowała ona i mój nędzny organizm. Czuję się rozbita, a zawsze byłam tak nieszczęśliwa, że coś mi mówi, iż umrę w chwili, kiedy moje nieszczęście mogłoby się skończyć. Wracaj pan: przynajmniej będę pewna, iż zakosztowałam przed śmiercią bardzo słodkiej pociechy. Wyrzucam sobie, iż byłam niesprawiedliwa dla pana. Mój Boże, jeżeli pan znasz cierpienie, przebaczysz mi; są położenia, które wymagają tyle pobłażliwości!

Mam ową tak oczekiwaną książkę pana Helwecjusza; przeraża mnie objętość, dwa tomy po sześćset stron. Pańska żarłoczność uporałaby się z tym w dwa dni, ale ja nie jestem w stanie czytać ze skupieniem; czucia moje odrywają całą mą uwagę; czytam zawsze to, co czuję, a nie to, co widzę! Och, Boże, jakże umysł pomniejsza się, kiedy kochamy! To prawda, że dusza nie traci przy tym, ale cóż począć z duszą?

Zapomniałam odpowiedzieć co do sprawy hrabiego de Crillon; cofnęła się nieco od czasu, jak powziął jej myśl. Nie może pan sobie wyobrazić, co to za mizerne indywiduum ów człowiek, od którego zależy cała rzecz: nie jest niby głupi, ale największy dudek pod słońcem. Żona jego więcej warta od niego, ale życie, jakie pędzi, pochłania wszystkie jej zdatności. Ogółem wziąwszy, ludzie, których prawdziwą zaletą jest to, że mają wybornego kucharza. Iluż ludzi, których świat wychwala, nie posiada więcej! Nie, rodzaj ludzki nie jest zły, jest tylko głupi, a w Paryżu równie próżny i lekki jak głupi. Ale cóż to znaczy! byle ten, kogo się kocha, był dobry, miły, poczciwy.

Żyjemy tu w niepewności co do losu Turków; powiadają, że Rosjanie stłukli ich na miazgę. Inni upewniają, że to Turcy Rosjan. Po którejkolwiek stronie szkoda, zawsze jest nieznaczna: wszystko to niewolnicy, jedni barbarzyńcy, drudzy półcywilizowani, nie wiem co gorsze.

Ach, gdybyś pan wiedział, co bawi, co zaprząta głupią publiczność? Tragedia pana Dorat: wyzuta z wszelkiego dowcipu i talentu. A komedia pana Dorat to arcydzieło złego smaku i złego tonu, pisane gwarą niepodobną do zrozumienia. Oklaski, jakimi obsypują tę nędzę, szczerze zasmuciły mnie kiedyś w teatrze. To może zniechęcić ludzi z talentem.

List XIV

Niedziela, 15 sierpnia 1773

Mój Boże, niech pan słucha i raz na zawsze niech pan wierzy, że wina nie może być po mojej stronie; wie pan dobrze czemu. Nie ja tedy pana zaniedbałam, skoro od 3 lipca oto mój piąty list: 15, 26, 1 sierpnia, 6 czy 7 i dziś. Nie rozumiem, dlaczego 3-go nie miał pan mego listu z 15; nie mogę się oswoić z nieregularnością poczty: to męka mego życia; ale dziw, iż pan przykłada do tego tyle wagi. W jaki sposób dusza pańska może starczyć na wszystko? Ja robię tylko jedno, a umieram wprost ze zmęczenia i bólu.

Cytat żalów owego ojca etc., z powodu moich listów, jest zachwycający. Czy to dowcipem wnika się tak głęboko w czującą duszę? Nie, dowcip pana podobałby mi się, ale by mnie nie wzruszył. Jak pan mógł pomyśleć, iż chciałam pana zaniepokoić? Ech, dobry Boże, skądże by mi taka głupia zarozumiałość? Karać pana? Za co? W przypuszczeniu — co z pewnością nie ma miejsca — że byłam nierada z pana, czyż miałabym prawo się skarżyć i czy nie byłoby szczytem niedorzeczności wyobrażać sobie, że brak listów będzie dla pana dotkliwą prywacją? Kiedy panu mówię, że nie jestem tak głupio próżna jak większość kobiet, nie ma pan obowiązku wierzyć: ale niech mnie pan pozna lepiej, a zobaczysz, że przyjmuję tytułem łaski wszystko, co mi ludzie raczą przyznać i że cieszę się tym szczerze; odpowiadam na to całą tkliwością i szczerością duszy: ale nigdy nie czuję owego zadowolenia, które czerpie pokarm nie w sercu, ale w miłości własnej, które czyni wymagającym wobec kochanej osoby i ośmiela się niekiedy wystawiać ją na próbę. Znajomość świata nie skaziła prostoty i szczerości mych uczuć. Niech pan zważy, że ja się nie chwalę: ja się bronię.

Zmartwiona jestem i niespokojna o pańską nogę; nie będzie jej pan oszczędzał, mimo wszystkich zapewnień. Oto co mnie niepokoi, bardziej niż pańska choroba. Mój Boże, jak pan ma słuszność, nie ma nic równie zimnego i płaskiego niż oszczędzać przyjaciół! Ach! wielkie utrapienie rozłąki, to żyć w ciągłej nieświadomości tylu szczegółów, które nas obchodzą: nawet pisząc szczegółowo, zostawia się jeszcze tyle do życzenia! Mam uczucie, że mój przyjaciel opuszcza zawsze to, co najbardziej chciałabym wiedzieć. Ale bo i po cóż zamęczać się w ten sposób? Brak snu wyczerpuje choćby najtęższą głowę; jestem przekonana, że kiedy strawisz noc na czuwaniu, mniejszą korzyść czerpiesz z rzeczy i przedmiotów, które chcesz obserwować; nie licząc, iż narażasz zdrowie. Aby dojść do celu, trzeba nie tylko żyć, ale być zdrowym. Chcąc wzbić duszę tak, aby wszystko poświęciła miłości sławy, sądzę, iż dobrze jest zachować zdrowy rozsądek. Och! gdyby pan wiedział, jak bardzo cierpienia fizyczne pomniejszają duszę, ręczę, nie trwoniłbyś w ten sposób snu i sił.