Mówię oto do pana językiem bardzo pospolitym, ale to język przyjaźni. Zważ pan: osoby, które chcą się podobać, nie mówią ani słowa o tym wszystkim. Ton prawdziwej życzliwości jest bez wdzięku, jest ciężki, powtarza się; ale nie nudzi, kiedy jej przedmiot tak bardzo na nią zasługuje.
W istocie, miałabym wielkie prawo uwierzyć, że niepokój, pod wpływem którego pisał pan kiedyś do mnie, mącił nieco pańską trzeźwość: nagli pan, aby pisać, nie mówiąc, dokąd adresować. Wiem, że nie jest pan już w Wiedniu najpóźniej od 12-go, mimo to piszę tam do pana; to nie ma najmniejszego sensu. Jeszcze mniej, o ile mi się zdaje, miało sensu pisać do Wrocławia; ale bo po cóż, kiedy się ktoś puszcza w podróż naokoło świata, zachowywać potrzebę wiadomości o przyjaciołach? Och, tak, bardzo pan niekonsekwentny! Doprawdy, są chwile, w których czuję się tak zmęczona, iż wręcz byłabym skłonna zostawić pana w drodze. Jestem tak chora, tak smutna, że zdaje mi się, iż oddałabym panu usługę, dając całkiem o sobie zapomnieć. Im bardziej pan jest dobry, serdeczny, tym bardziej mogę ręczyć, iż przyjdzie ci żałować, że się wdałeś zbyt spiesznie w stosunek, którego wszystkie korzyści są po mojej stronie.
Jest w pańskim liście ustęp, na którym oczy moje nie śmiały się zatrzymać, dusza zaś moja jakby przywarła doń. Mój Boże, jakie słowo pan wymawia! Krew mi się ścina. Nie, nie, dusza moja nie szukałaby już pańskiej. Och! ta myśl o śmierć mię przyprawia! Bądź mą pociechą, ukój, jeśli zdołasz, mą duszę, ale nie waż się myśleć, że mogłabym przeżyć przez chwilę nieszczęście, którego sama obawa podcina moje zdrowie i mąci bez przerwy rozum. Do widzenia, nie mogłabym pisać dalej, czuję ucisk w sercu; jeśli się zdołam uspokoić, podejmę pióro, trzeba mi bowiem usprawiedliwić i przeprosić pana, mimo że nie jestem winna.
Ciągle niedziela
Korciło mnie uwiadomić pana, że rozgłosiłam to zdanie o królu pruskim: było czarujące i sądziłam, iż mogę je powtórzyć bez niedyskrecji. Oceniono je tak jak należało i póty powtarzano na wszystkie strony, aż doszło do pani du Deffand, której się bardzo nie podobało; wykręcała je, komentowała, ale sąd jej spotykał się wszędzie z żywą opozycją. W końcu rzekła, iż gdyby pan obok Hetmana Bourbon stworzył nawet i Atalię37, to by nie zmieniło jej zdania, iż zarówno treść jak forma tej myśli jest nic warta. W kilka dni później zwróciła się z tym do ambasadora38 w tym samym tonie; to go zniecierpliwiło; powiedział, że kiedy się chce krytykować, trzeba przynajmniej cytować uczciwie; i że, mimo iż zdanie to brzmi w jej ustach zupełnie opacznie, i tak krytyka wydaje mu się równie surową jak niesprawiedliwą.
Pani de Luxemburg i pani de Beauvau, wobec których ta scena miała miejsce, a które były przeciw pani du Deffand, spytały ambasadora, czy mógłby mieć kopię tego zdania. Przyrzekł. Przyszedł mi opowiedzieć całą tę głupią dysputę; wyznaję, iż chęć pognębienia pani du Deffand kazała mi ulec prośbie: pozwoliłam mu skopiować tych parę wierszy i odszedł z tryumfem.
Wówczas pani du Deffand zrzedła mina lub przynajmniej nie śmiała zohydzać tego, czym cały świat się zachwyca. Aż dotąd nie było mowy o tym, do kogo to było pisane. Pani du Deffand zaczęła się dopytywać, ambasador odmówił: to tylko podnieciło jej ciekawość. Wreszcie powiedział, że do mnie, i dodał: „Zapewne tedy przez przeczucie poniewierała pani rzecz pełną dowcipu i wdzięku”. Uf! cóż za długa historia; byłabym ją opowiedziała w swoim czasie, ale jakże mi się to wydało mizerne na odległość czterystu mil. Trzeba dodać, że ambasador odniósł mi tę kopię i że ją spaliłam. Ot, widzi pan, jakiej to pustki dowodzi! Tak, nieszczęście zda się na coś: leczy z wszystkich drobnych namiętnostek poruszających ten bezczynny i zepsuty światek. Och! gdyby mogli kochać, staliby się dobrzy. A teraz niech pan osądzi, czy jestem winna niedyskrecji; jeśli pan rozstrzygnie, że tak, uwierzę, ale niech pan nie mówi, że będą myśleć, iż pisujemy do siebie, aby urządzać turniej dowcipu etc., etc. Ech, cóż nam znaczy, co będą myśleć źli, głupi? Są silni jedynie o tyle, o ile się ich lękać: ja ich nienawidzę, unikam ich, ale już się ich nie lękam.
Od kilku lat dobrze oceniłam tych, którzy tworzą sądy; nie śmiałabym panu wyrazić wzgardy, jaką mam dla opinii. Nie chciałabym jej wyzywać, ale to wszystko. Istnieje namiętność, która zamyka duszę na wszystkie mizerie, które dręczą światowych ludzi, stwierdzam to smutnym doświadczeniem. Wielka zgryzota zabija wszystko inne. Jest tylko jeden cel, jedna przyjemność, jedno nieszczęście i jeden jedyny sędzia dla mnie w całej naturze. Och, nie, nie ma we mnie małostek. Niech pan pomyśli, ja trzymam się życia tylko jednym punktem; gdyby mi się usunął, umarłabym. W tym usposobieniu, głębokim i ustawicznym, uwierzy pan bez trudności, że wszystko jest dla mnie niczym. Nie wiem, przez jaką fatalność czy przez jakie szczęście, umiałam się zdobyć na nowe przywiązanie; badając samą siebie, nie umiem znaleźć, wytłumaczyć przyczyny; ale jakakolwiek by była, skutki jej dają osłodę memu życiu. Wydaje mi się niesłychane, że moje nieszczęście mogło pana zainteresować; to mi dowodzi dobroci, tkliwości pańskiego serca. Wymawiam sobie teraz wyrzuty, których doświadczałam, poddając się swojej sympatii do pana; nieszczęście czyni surowym wobec samego siebie. Poczytywałam sobie za winę to dobro, które mi pan dawał. Czy obecnie, czy wtedy ulegałam złudzeniu? Doprawdy, sama nie wiem. Ale pan, którego duszy nie mąci nieszczęście, pan osądzi mnie lepiej i kiedy cię zobaczę, powiesz mi, czy powinnam się cieszyć czy trapić uczuciem, które pan budzi we mnie.
Otrzymałam wczoraj nowiny, które mnie zaniepokoiły: zdrowie jego39 nie lepiej; ciągle grozi mu katastrofa, która dwa razy w ciągu roku doprowadziła go do agonii. Widzi pan, czy podobna żyć! Do widzenia; proszę o wiadomość.