List XLV
Sobota, koniec lipca 1774
Jestem w rozpaczy, nie że pan ma katar, ale że pan będzie wojował póty, aż katar przedzierzgnie się w prawdziwą chorobę. Powinien byś zostać w łóżku cały dzień, a pan już się wybiera! Przez litość, drogi, pij, połóż się całkiem, nie czytaj, ani nie pisz. Wyrzucam sobie słówko, które do mnie napisałeś; a nim odpiszesz, odpowiesz i jeszcze raz odpowiesz wszystkim interesującym paniom, nie będziesz ani chwili w spokoju.
Czekałam pana od dziewiątej; była orszada i panieńska skórka, i wszystko co trzeba, aby wmusić w pana bawarkę; tak się to nazywa, a nie zupka. Mój Boże, jak bym chciała siedzieć przy twoim łóżku! Pielęgnowałabym cię, nigdy żadna siostra miłosierdzia nie rozwinęła tyle zapału, tkliwości. Drogi mój, nie wychodź, udaj, że wyjechałeś, a być może przy tych ostrożnościach skrzepisz się do tego stopnia, aby móc jechać jutro rano. Oczywiście, nie będziesz jechał nocą; to szaleństwo; nocując w Orleanie, nie utrudzisz się. Nie piszesz mi, czy masz w tej chwili gorączkę; za godzinę poślę znów po wiadomość; błagam cię, nie wychodź. Będę się dowiadywała o pana kilka razy w ciągu dnia; w tym celu jem obiad w domu, wyjdę dopiero o dziewiątej. Drogi mój, żądam, abyś spędził wieczór w łóżku; upewniam, że jeżeli nie będziesz uważał, dowojujesz się zapalenia płuc. Napisałeś zapewne do ojca: jeżeli pana zna dobrze, nie będzie zbyt niespokojny, ponieważ nie będzie liczył na twą punktualność. Widzisz, jaka jestem brutalna, jaką chwilę obrałam, aby się znęcać nad tobą! Tak, doprawdy, to niegodziwie z twojej strony chorować. I cóż? gdybyś wyjechał wczoraj, czy mój niepokój byłby usprawiedliwiony? Miły mój, pij, ale co? Boję się, że wody są za silne: pij orszadę albo bawarkę. Gdybyś przyszedł do mnie, znalazłbyś wszystko już gotowe, ale nie przychodź, nie, nie przychodź. Oszczędzaj się dla tej, która kocha cię tak tkliwie.
List XLVI
Czwartek, wpół do dziesiątej
Drogi mój, kocham cię: czuję to w tej chwili w bolesny sposób; twój katar, piersi twoje sprawiają ból mej duszy: lękam się, a to straszliwe uczucie tak często było usprawiedliwione, że niepodobna mi jest się uspokoić. Jeżeli pojedziesz dziś wieczór, nie będziesz spał, to cię podrażni. Mój Boże, czemuż ja nie mogę wziąć na siebie twoich cierpień! Miły mój, gdy będziesz zmieniał konie w Orleanie, napisz mi, jak się masz, napisz, czy piersi masz bardzo stargane. Tkliwość moja, troska o ciebie bronią ci zaniedbywać swego zdrowia; umieram z żalu, myśląc, że cię nie zobaczę, że nie mam już sposobu upewnienia się. Nie zobaczę cię, nie będę nic wiedziała o tobie. Och! jak słodko było kochać cię wczoraj, a jak okrutne jest kochać cię dziś, jutro i zawsze! Miły mój, daruj mi mą słabość, pomyśl, czy mój zabobon nie jest zrozumiały: piątek 7 sierpnia 1772, pan de Mora wyjechał z Paryża; w piątek 6 maja tego roku, wyjechał z Madrytu i w piątek 27 maja straciłam go na zawsze. Widzisz, czy ten straszliwy dzień nie musi wnosić grozy w moją duszę, kiedy się łączy z myślą o tym, co najwięcej kocham w życiu, więcej niż szczęście, więcej niż mam słów na wyrażenie tego. Miły mój, gdybyś jakim przypadkiem jechał aż w sobotę, chcę cię widzieć jutro. Jakiż straszny zamysł powzięłam... nie widzieć cię już nigdy! To byłoby niemożliwe! Wiesz o tym dobrze. Wiesz dobrze, że kiedy cię nienawidzę, to iż cię kocham z namiętnością, która mąci mi rozum. Bądź zdrów, bądź zdrów, bądź zdrów, miły mój, nikt nigdy nie ubóstwiał cię, nie kochał z taką tkliwością. Uważaj na siebie; pamiętaj, ocalasz mi życie, szanując swoje piersi. Jutro... Straszna mi jest ta myśl. Tak, kocham cię, tysiąc razy więcej, niż umiem powiedzieć.
List XLVII
Do pana de Guibert, w Bordeaux.
Czwartek wieczór, 25 sierpnia 1774