List LXII

Niedziela wieczór, 9 października 1774

Mój przyjacielu, odczytałam twój list dwa razy i ogólne wrażenie, jakie zeń odniosłam, to że jesteś nieskończenie miły i że o wiele łatwiej jest nie kochać cię wcale niż kochać cię umiarkowanie. Dorób komentarz do tego, ale nie rozumem, nie do niego mówię. Miły mój, gdybym chciała, podniosłabym kilka słów twego listu: sprawiły mi przykrość.

Ha! wszystko dręczy duszę nawykłą cierpienia.

Gdybym przynajmniej mogła powiedzieć jak Bajard:

Gdy przyjaciel ból zada, sam łzy me osuszy!61

Mówisz mi o sile ducha, o moich zasobach, o wypełnieniu mego czasu, mojej duszy, w sposób zdolny przyprawić mnie o śmierć ze wstydu, iż pozwoliłam ci oglądać całą mą słabość. Ale cóż, była ona w mej duszy, a żadne jej drgnienie nie może się już ukryć przed tobą. Kiedy mnie ożywiała nienawiść, pokazałam ci ją; czyżbym tedy miała tylko nienawidzić? Drogi mój, odczytując ten inwentarz wszystkiego, co mnie może wstrzymać od zaguby, rozśmiałam się w końcu, przypomniało mi to bowiem ładne powiedzenie prezydenta Hénault. W pewnym okresie życia uważał, iż dla dobra reputacji trzeba mu zostać dewotem: uczynił generalną spowiedź i zwierzył się później swemu przyjacielowi, panu d’Argenson: nigdy się człowiek nie czuje tak bogatym, jak wówczas gdy się przeprowadza.

Drogi mój, ty dałeś mi doznać wręcz przeciwnego uczucia; serce moje zadrżało, mogłam powiedzieć:

Nieba! zostałam sama wśród świata ogromu.

Mój przyjacielu, cytuję ciebie tobie samemu; jesteś mi bardziej przytomny niż Racine; zdaje mi się, że moje uczucie nabiera siły, używając twoich wyrażeń; ale mam ci do opowiedzenia tysiąc drobiazgów: trzeba odwrócić myśl od rzeczy równie smutnej jak głębokiej.