Przebiegam twój list i wracam do krytyki pana de la Harpe, a nie po prostu: la Harpe. Ten zaszczyt przystoi jedynie takim ludziom jak Racine, Wolter, Montesquieu, etc., etc.; nie trzeba wznosić tak wysoko współczesnego literata. A potem, mój przyjacielu, powiem ci, iż trzeba mieć bardzo wybredne czucie, aby je dotknęło to, iż ktoś każe przemawiać Bogu w pospolity sposób: są pewne momenty jego życia i śmierci, które nie wymagają zbyt podniosłego stylu: co prawda nie te pewnie, w których stworzył La Fontaine’a, autora powiastek. Wolter był równie wybredny jak pan, kiedy, krytykując pana Soret, rzekł: Jezus ucukrowany w wierszach jest okropny. Ale dosyć już o panu de la Harpe, choćby nawet był bogiem: nie mamy jeszcze Pochwały, którą uwieńczono.

Widziałam świeżo hrabiego de Crillon; pisał do pana, nie mam zatem co donieść o nim, wiesz bowiem, że jest bardzo miły. Jutro mam go spotkać na obiedzie u pani d’Anville. Lubię ten dom: to jeszcze jeden, w którym będę cię mogła widywać: będziesz żył dla drogich ci osób i dla całego świata co wieczór, ale czy nie poświęcisz mi czasem, często, obiadu? To ci pozwoli żyć w towarzystwie ludzi najbardziej harmonizujących z twoim tonem. Głupcy i dudki zaczynają krążyć dopiero około piątej lub szóstej wieczór; wówczas ja wracam do swego kącika przy kominku i odnajduję tam prawie zawsze, jeżeli nie tych, których bym wybrała, to przynajmniej tych, których bym nie unikała.

Jakim cudem nie wspomniałam jeszcze panu, że naglą mnie, zapraszają, abym pojechała skrzepić swoje zdrowie u milorda Shelburna? To tęga głowa, naczelnik opozycji; był przyjacielem Sterne’a i uwielbia jego dzieła. Możesz osądzić, czy nie musi budzić we mnie szczerej sympatii i czy jego uprzejme zaproszenie nie musiało mnie zachwiać? Przyznaj, że gdybyś był świadom tego ostatniego sukcesu, nie pominąłbyś go w swoim szumnym inwentarzu.

Tak, poczciwy Condorcet jest u matki; pracuje dziesięć godzin dziennie, odprawia dwadzieścia korespondencji, dziesięciu serdecznych przyjaciół i każdy z nich, bez próżności, mógłby się mniemać najbliższym jego serca. Nigdy, nigdy, nie było chyba człowieka, który by miał tyle żywotności, tyle zasobów i taką łatwość! Ale przypominam sobie, że nie piszesz mi ani słowa o księciu de Choiseul; czy pobyt w Chanteloup nie zostawił nawet śladu? Podobnie w Paryżu: publiczność zapomniała o nim zupełnie i zdaje mi się, że najlepsze, co mogłoby mu się zdarzyć, to owo zapomnienie; nie zyskałby bowiem nic na porównaniach, zestawieniach. Mogliśmy mu zawdzięczać przed dziesięciu laty pana Turgot, a on wybrał takich Laverdy, Maupeou, Terray etc., etc.

Nie zgadłbyś, co mnie zaprząta, czego pragnę w tej chwili: ożenić jednego z przyjaciół. Chciałabym, aby się udało urzeczywistnić pewną myśl, która mi przyszła do głowy. Arcybiskup Tuluzy wiele mógłby się przyczynić do powodzenia sprawy. Jest to młoda osoba lat szesnastu, posiada jedynie matkę, ojciec nie żyje; ma również brata. Otrzyma, wychodząc za mąż, trzynaście tysięcy funtów renty; matka da jej mieszkanie, i to na czas dłuższy, ponieważ syn jeszcze jest dzieckiem. Panna będzie miała co najmniej sześćset tysięcy franków, a może być jeszcze bogatsza; czy by ci to dogadzało, kochaneczku mój? Powiedz, a zaczniemy działać. Można być zupełnie pewnym, że nie zostawi to żadnego niesmaku, ponieważ arcybiskup Tuluzy jest równie zręczny jak godny człowiek. Pomówimy o tym: gdyby się to nie powiodło, znam kogoś, kto bardzo by rad mieć cię za zięcia, ale córka ma dopiero jedenaście lat: jedynaczka i będzie bardzo bogata. Drogi mój, chciałabym ponad wszystko twego szczęścia, a troska o nie stałaby się pierwszą sprawą mego życia. Przyznaj, że kwietyści i czuły Fénelon nie mogli kochać Boga z większym zaparciem! Był czas, w którym serce moje nie byłoby tak wspaniałomyślne, ale biło wówczas dla kogoś, kto byłby ze zgrozą odtrącił władztwo całego świata. Cóż za wspomnienie, mój Boże, jakże słodkie i okrutne! Dobranoc, miły mój. Jeżeli będę miała, jak się spodziewam, wiadomość od ciebie jutro, dopiszę jeszcze coś do tego tomu. Od dwóch dni cierpienia moje zelżały: jem dwa skrzydełka kurczęcia na dzień, a jeśli ta dieta nie lepiej mi posłuży od innych, przejdę wyłącznie na mleko.

Wciąż niedziela,

później, 9 października 1774

Pożegnanie było bardzo rychłe, bardzo nagłe, pojmujesz, że zostaje mi jeszcze tysiąc rzeczy do powiedzenia, jeśli się bowiem nie mylę, ostatni to raz piszę do ciebie. Jutro będę wiedziała, czego się trzymać; będę miała wieści od ciebie, miły mój: pokładam tę ufność nie w moim pragnieniu, ale w twej dobroci. Donosisz mi, że udajesz się do swojej legii: podałeś dwa razy nazwę miejsca, gdzie się znajduje, ale dzięki twemu pięknemu pismu nic nie wiem: czytam Livourne62, a z pewnością przecież nie tam.

Drogi mój, pisz do mnie z każdego miejsca; trzeba mi nagrodzić to, że ja nie będę mogła pisać. Nie jestem wcale pewna, że wyjechałeś dziś. W jaki sposób zdołałbyś odmówić matce, zwłaszcza jeżeli nie jest jeszcze zdrowa? Mam wreszcie nadzieję, że nie zrobisz mi zawodu i że cię ujrzę za dwa tygodnie. Dwa tygodnie, to termin bardzo daleki! Pamiętam jeden, bliższy: ha! dreszcz mnie przechodzi, cóż za straszne wspomnienie! Zatruwa nawet samą nadzieję. Miałam wczoraj list od jego szwagra63: nie lubiłam go za życia mego przyjaciela; później stał mi się drogi. Jakże chciałabym poznać jego siostrę, żyć w jej pobliżu! nie życzył sobie, abym ją poznała, lękał się, abym nie wzmogła w niej namiętności, która ją trawiła. Mój przyjacielu, czy sama ta obawa nie była szczytem miłości i ufności w me uczucie? Och! Boże, i to ty, ty zamąciłeś, zburzyłeś szczęście duszy tak gorącej i tkliwej! Ty skazałeś nas na straszliwe nieszczęście i ciebie kocham! Tak, człowiek nienawidzi zła, które czyni, i brnie w nim mimo wszystko. Byłabym umarła z bólu, a jestem skazana, aby nim żyć, usychać, jęczeć, lękać się ciebie, kochać ciebie, przeklinać bez ustanku życie i kochać jego rzadkie chwile.

Przerwano mi: namówili mnie, abym poszła do Duplessisa: malarz, portrecista, który stanie obok Van-Dycka. Nie wiem, czy widziałeś portret ks. Arnaud jego pędzla; ale co trzeba zobaczyć, to Glucka: to ostatni kres prawdy i doskonałości; więcej i lepiej niż natura. Było tam dziesięć głów, każda w odmiennym charakterze, nie widziałam nic równie pięknego i prawdziwego. Przyszedł pan d’Argental, pokazał nam list, który świeżo otrzymał od Woltera; list jest tak przedni, ton tak miły, tak naturalny, dający wrażenie tak żywego obcowania, że nie myśląc o tym, czy to niedyskrecja czy nie, poprosiłam o ten list i o pozwolenie sporządzenia kopii: w tej chwili kopiują go i miły mój przeczyta go: ta myśl jest na końcu wszystkiego, co czuję. Drogi mój, mogłabym wciąż powtarzać to, co Sterne mówi do Lizety: twoja przyjemność jest pierwszą potrzebą mego serca.