Mój Boże, tak trudno zacząć list, kiedy dowcip ma zastąpić uczucie; mimo to trzeba napisać do pani de Boufflers. Nie wymieniła, mówiąc ze mną, pańskiego imienia; nie martwi mnie to, ale w jaki sposób może ktoś nie chwytać każdej sposobności mówienia o tym, co mu jest miłe? Jest pewien stopień uczucia, który krępuje; on to przeszkodził mi mówić z nią o panu; ale ona, jestem pewna, nigdy nie odczuwała tego kłopotu; ona nie potrzebuje sama kochać, jest tak urocza i miła!
Mój przyjacielu, znam się tak dobrze, że gotowam myśleć, że żartujesz ze mnie, kiedy mówisz o moich tryumfach. Dobry Boże, toć już osiem lat, jak się wycofałam ze świata. Z chwilą gdy pokochałam, czułabym wstręt do tych powodzeń. Po cóż silić się być miłym dla wszystkich, kiedy się jest kochanym? Czy zostaje jeden ruch, jedno pragnienie niemające za przedmiot osoby, którą się kocha i dla której chciałoby się żyć wyłącznie? Miły mój, ty nie żądasz tyle, nieprawdaż?
List LXIII
Poniedziałek, po listonoszu, 10 października 1774
Nie ma listu! Doprawdy, gdybym mocniej wierzyła w twą przyjaźń, zemściłabym się, nie pisząc również. Mój Boże, jak można tak niedbale, z taką niepamięcią odnosić się tych, którzy nas kochają? Jak można być tak zajętym czy tak roztargnionym, aby nie kłaść w pierwszym rzędzie przyjemności ulżenia temu, kto cierpi? Jak można wreszcie uleczyć cierpienia dotkliwe, głębokie i niedające się niczym uśpić? Aż do soboty będę trwała z tą myślą; ten ból będzie ciążył na mej duszy, będzie w niej budził kolejno żale i wyrzuty. Ale co panu to wszystko? Nie moich listów oczekujesz, nie mój spokój cię zaprząta. Dobrze więc! będzie, jak sobie życzysz. Nie do ciebie mam urazę: do siebie, tylko do siebie. Tak, drogi mój, przebaczam ci, kocham cię; zadałeś mi ból, ale mnie uleczysz.
Oto liścik, który dołączam do swych foliałów: to dobry Condorcet pisze do przyjaciela.
List LXIV
Piątek wieczór, 14 października 1774
Drogi mój, wychodzę z Orfeusza; roztkliwił, ukoił mą duszę. Lałam łzy, ale wolne od goryczy: boleść moja była słodka, żale mięszały się z twoim wspomnieniem; myśl zatrzymywała się przy nim bez wyrzutów. Opłakiwałam to, co straciłam i kochałam, ciebie; serce moje starczyło na wszystko. Cóż za cudowna, boska sztuka! Muzykę musiał wynaleźć jakiś tkliwy człowiek, mając kogoś pocieszyć w nieszczęściu. Jakiż to dobroczynny balsam, te czarodziejskie tony! Miły mój, w nieuleczalnych cierpieniach trzeba szukać jedynie uśmierzających środków, a istnieją dla mego serca w całej przyrodzie jedynie trzy: ty, drogi mój, ty, najskuteczniejszy ze wszystkich, ty, który odrywasz mnie od boleści, który sączysz w mą duszę upojenie odejmujące zdolność pamięci i przewidywania. Po tym pierwszym ze wszystkich dóbr idzie opium: podpora i ucieczka rozpaczy. Wreszcie muzyka: jest mi luba, czaruje moje cierpienia, rozlewa w mej krwi, we wszystkim, co mnie ożywia, tak rozkoszną słodycz i wrażliwość: rzekłabym prawie, iż daje mi się napawać mymi żalami i nieszczęściem. To pewna, iż w najszczęśliwszym okresie życia muzyka nie miała dla mnie tej wartości.
Drogi mój, przed twoim wyjazdem nie byłam na Orfeuszu; nie potrzebowałam tego; widziałam cię, oczekiwałam ciebie, to wypełniało wszystko; ale w próżni, która nastąpiła, w atakach rozpaczy, które poruszyły i wstrząsnęły mą duszą, starałam się wspomóc wszelkimi środkami. Jakże są słabe! Jak bezsilne przeciw truciźnie, która trawi me życie! Ale trzeba odejść od siebie, mówić o tobie: nie zmienię wcale przedmiotu.