Pan Turgot napisał do pana: naprawił wszystko, prosi bowiem, abyś zechciał być mu pomocą, i jestem pewna, że tak też to odczułeś. Pan de Vaines mówił do mnie wczoraj: „Niech nam pani sprowadzi pana de Guibert; wspomoże nas swoją wiedzą i będzie nam użyteczny w rzeczach, które nam są obce, a których potrzebujemy”. Ach! osądź moje położenie, mój stan: chodzi o najważniejszą, jedyną sprawę mego życia, i ja nie śmiem mieć stanowczego uczucia:

Najsłodsze me pragnienia są pełne żałoby.

Tak, cnota powiedziałaby: spiesz, przybywaj, a potem umrę. Ale, drogi mój, inny głos, mocniejszy, głębszy, bardziej wnętrzny, mówi mi: skoro go ujrzę, życie stanie się dobrym; nieszczęście stanie się znośnym; gdyby i ta myśl miała być omyłką, gdybym się łudziła, byłoby to przynajmniej ostatnie złudzenie: zawdzięczałabym ci zerwanie węzła, który nigdy nie powinien się był zadzierzgnąć.

Ostatni raz skreśliłam spiesznie ćwiartkę, w chwili gdy dowiedziałam się właśnie, że nie ma listu od pana; byłam podrażniona, zgnębiona, nie wiem, czy dałam temu wyraz, spieszyłam się bowiem tak bardzo, iż zaledwie mogłam kreślić litery. Książę de la Rochefoucauld czekał na mnie, aby mnie zabrać do siebie na obiad. Zastałam tam hrabiego de Crillon, a pierwszym jego słowem było: „Spełniła pani mą prośbę, dostałem właśnie list od pana de Guibert, w odpowiedzi na twój”. Byłam uszczęśliwiona: zawsze to wiadomość od pana: ale list mój był już na poczcie; musiałeś tedy wyczytać całe me rozżalenie.

Hrabia de Crillon i wszyscy Crillonowie całego świata byli dziś wieczór w Operze w loży królewskiej: ja byłam w swojej zwykłej izdebce. Wypatrywałam oczy na młodą hrabinę; wydała mi się pospolita i niebrzydka, ale tak źle widzi się w teatrze! Odwiedził mnie w loży; mówił dużo o interesach, a mało o żonie. Wielka fortuna to wielki ciężar; ma procesy, sprawy w Ameryce; zdaje mi się, że bardzo leży mu na sercu, aby ta administracja była dobra, a nawet doskonała. Da sobie z tym rady, ale będzie zajęty bez wytchnienia i to rodzajem zajęcia, z którego płynie więcej zysku niż chwały. Nie, szczęście nie leży w bogactwach! Gdzież ono tedy mieszka? U jakichś paru ciężkich erudytów żyjących w odosobnieniu; u dobrych rękodzielników sumiennie zatrudnionych zyskowną, a niezbyt uciążliwą pracą; u poczciwych rolników mających liczną i skrzętną rodzinę i żyjących w uczciwym dostatku. Poza tym ziemia roi się od głupców, dudków lub szaleńców, a w tej ostatniej klasie mieszczą się wszyscy nieszczęśliwi. Nie liczę w to mieszkańców Charenton64, rodzaj szaleństwa bowiem, który sprawia, iż ktoś ma siebie za wszechmocnego Boga, wart jest może więcej niż mądrość i szczęście.

Posyłam panu wyjątek z listu pisanego do ambasadora szwedzkiego; ujrzysz, jak wytwornie cudzoziemcy władają francuskim językiem. Niech pan wierzy, nie zmieniono ani przecinka. Ale pomyśl, jaki wstręt budzi zakon posługujący się takimi środkami. Drogi mój, nie pal, ani nie gub listów, które otrzymujesz; niektóre będziesz mi musiał pokazać. Liczę na to, że moje są bezpieczne; toteż nie mówię już o nich. Wierzę tobie i w ciebie; jakże mógłbyś mnie zawieść?

Czytam lichą książkę o teatrze, która zawiera mnóstwo dobrych rzeczy; zachowam ją dla ciebie. Wszyscy są w Fontainebleau, i bardzom z tego rada. Napisałabym nad mymi drzwiami jak ów mędrzec: Ci, co mnie odwiedzają, czynią mi zaszczyt; ci, co nie odwiedzają, przyjemność.

Pan de Marmontel ofiarował się przeczytać mi we środę nową operę komiczną. Przyszedł, było dwanaście osób. Siedli kręgiem, ja z nimi, w zamiarze wysłuchania Starego kawalera: oto tytuł dzieła. Początek wydał mi się ciężki, zagmatwany. Wie pan, co uczyniłam, bez najmniejszego udziału mej woli? Po prostu nie słyszałam ani słowa; ale to tak ściśle, iż raczej by mnie powieszono, niżbym zdołała powtórzyć imię którego z aktorów albo treść sztuki. Wykręciłam się, powiadając szczerą prawdę, mianowicie iż czas wydał mi się bardzo krótki. I w istocie, byłam szczerze zdumiona, kiedym usłyszała gwar ogólnej rozmowy. Wiesz, od czasu, jak mi jest niepodobieństwem użyczyć czemuś uwagi, szalenie lubię czytania, to mi zostawia swobodę: podczas gdy w rozmowie, chcąc czy nie chcąc, zbyt często jest się pastwą drugich. Och! zwłaszcza ludzie, którzy mnie wyróżniają, jakże są męczący! Istnieją dwaj ludzie, którzy są na mnie tak łaskawi, iż mówią mi do ucha to, co można by doskonale powiedzieć głośno; trzeba doprawdy cierpliwości, aby słuchać i odpowiadać. Drogi mój, mów co chcesz, ale rozmowa ma dla mnie urok, kiedy ty lub kawaler de Chastellux jesteście mymi partnerami. Muszę ci donieść, że kawaler może być rad ze mnie. Podgrzałam jego przyjaciół i rzeczy ułożyły się tak dobrze, że trzeba nam tylko śmierci jednego z czterdziestu, aby wszedł do Akademii. To słuszne, bez wątpienia, ale nie było bez trudności. Świadomość, jak mu zależy na tym tryumfie, była dla mnie podnietą. Mój Boże, Fontenelle ma słuszność: są zabawki na każdy wiek; jedynie nieszczęście jest stare, a jedynie namiętność rozsądna. Mój przyjacielu, to nie są zgoła paradoksy: pomyśl trochę, a przyznasz, że można by bronić tej tezy.

Dobranoc; czas ci dać odetchnąć, pisałam do tej chwili bez zatrzymania. Dnie opery to moje dni samotności. Jestem w teatrze sama, wracam do domu i nie przyjmuję nikogo. Pan d’Alembert poszedł na Arlekina; woli to niż Orfeusza: wszyscy mają słuszność i nie w głowie mi krytykować jakiekolwiek gusty; wszystko jest dobre. Ale dobranoc wreszcie. Do jutra.

List LXV