Sobota rano
Rozstałam się z tobą wczoraj, pragnąc cię oszczędzać: byłam tak smutna! Wracałam z Orfeusza. Ta muzyka doprowadza mnie do szału; porywa mnie, nie mogę już opuścić ani dnia; dusza moja chciwa jest tego rodzaju cierpienia. Mój Boże! Jakże ja źle dostrojona jestem do tonu wszystkich, którzy mnie otaczają! A mimo to nikt chyba tyle nie cenił przyjaźni. Moi przyjaciele, to najzacniejsi ludzie; niestrudzeni w staraniach, czułości; zrozumieć mi wręcz trudno, co mogą znajdować we mnie, co ich tak przywiązuje. To moje nieszczęście, mój niepokój, to co mówię, czego nie mówię, ożywia ich i rozgrzewa. Tak, widzę to, zacne i tkliwe osoby kochają nieszczęśliwych; mają oni jakiś powab, który zajmuje i przykuwa duszę; człowiek lubi się czuć dobrym, a nieszczęścia drugich mają tę właściwą miarę, która pozwala współczuć, nie cierpiąc samemu. Dobrze więc! przyrzekam im tę strawę, póki mi starczy życia.
Mój przyjacielu, chciałam ci powiedzieć ostatnim razem, że powinien byś zamieszkać w tym samym domu co kawaler d’Aguesseau: to by wam oszczędziło trudu szukania się wzajem; tobie byłoby wygodnie, a ja byłabym pewna, że nie opuścisz mej dzielnicy. Tak, zawsze interes osobisty pokrywa, ożywia wszystko, a głupcy i dudki, którzy napadali Helwecjusza, nigdy z pewnością nie kochali, ani nie zastanawiali się. Dobry Boże, iluż to ludzi żyje i umiera, nie zaznawszy ani jednego, ani drugiego! Tym lepiej dla nich, a tym gorzej dla nas; tak, tym gorzej: nie umiałabym ci bowiem wysłowić odrazy, zdwojonej odrazy, jaką czuję w sobie, nie tylko dla głupców, ale dla tych ludzi, którzy są tak bardzo na moją miarę, że przewiduję wszystko, co powiedzą, zaledwie otworzą usta! Och! jestem bardzo chora! Nie mogę już cierpieć ludzi, którzy są do mnie podobni; wszystko, co jest jedynie obok mnie, zdaje mi się zbyt małe; trzeba mi musieć podnosić oczy, gdy patrzę, inaczej wszystko nudzi mnie i nuży! Drogi mój, towarzystwo przedstawia dla mnie obecnie jedynie dwa uroki: muszę albo kochać, albo też musi mnie ktoś oświecać; rozum nie wystarczy, trzeba dużo, dużo rozumu. Z tego wynika, że jestem w stanie znosić rozmowę już tylko kilku ludzi i czytam już tylko kilka książek. Mimo to więcej jest ludzi, którzy mają prawa do mego zainteresowania; ale to siłą przyjaźni i ufności, i to nie zmienia w niczym usposobienia mego dla ogółu. Oto rezultat: to, co jest niżej mojej miary, usypia mnie i nuży; jedynie co jest wyżej mnie, podtrzymuje mnie i odrywa od samej siebie; powiem zawsze jak ów starożytny: Moi przyjaciele, ratujcie mnie ode mnie samego. Wszystko to dowodzi, że próżność zupełnie wygasła we mnie, zastąpił ją natomiast powszechny i śmiertelny przesyt.
Hrabina de Boufflers nie doszła do tego, toteż jest bardzo miła. Widywałam ją często w tym tygodniu; we środę była na obiedzie u pani Geoffrin; była czarująca: nie powiedziała ani słowa, które by nie było paradoksem; wyzywała ataki i broniła się tak dowcipnie, że niedorzeczności były w jej ustach warte niemal tyleż co najoczywistsza prawda. Uważa na przykład, że to wielkie nieszczęście być ambasadorem, mniejsza skąd i gdzie; wydaje się jej to jedynie straszliwym wygnaniem, etc. Rzekła dalej, że w czasie kiedy najbardziej kochała Anglię, nie byłaby się zgodziła osiąść tam inaczej jak pod warunkiem, że będzie mogła wziąć z sobą dwadzieścia kilka osób z liczby serdecznych przyjaciół i kilka tuzinów innych, które jej są absolutnie potrzebne do życia; i to z całą powagą, a zwłaszcza zapałem, zwierzała nam te potrzeby swej duszy! Chciałabym, abyś był widział zdumienie, z jakim patrzał na nią milord Shelburne. Jest to człowiek prosty, naturalny, pełen duszy, siły: ma skłonność i pociąg jedynie do tego, co jest doń podobne, przynajmniej pod względem naturalności. Złożył wizytę panu de Malesherbes; wrócił zachwycony. Mówił do mnie: „Widziałem po raz pierwszy w życiu coś, czego istnienia nie przypuszczałem: człowieka, którego dusza jest absolutnie wolna od lęku i nadziei, a mimo to pełna życia i ciepła. Nic nie może zmącić jego spokoju, nic mu nie jest potrzebne, a jednak obchodzi go żywo wszystko co dobre. Słowem — dodał — wiele podróżowałem, a nigdy nie odniosłem równie głębokiego wrażenia. Jeżeli przez czas, który mi został do życia, dokonam czego dobrego, jestem pewien, że to wspomnienie pana de Malesherbes pobudzi mą duszę”.
Oto, mój przyjacielu, piękna pochwała, a ten, który ją wygłosił, jest z pewnością nieprzeciętnym człowiekiem. Uważam go za wielce szczęśliwego, że urodził się Anglikiem i że jest głową stronnictwa. Widywałam go często: co jego, to zawsze byłam gotowa słuchać: cóż za bystry, gorący, podniosły umysł! Przypominał mi nieco dwóch ludzi, których kochałam i dla których byłabym chciała żyć albo umrzeć. Odjeżdża za tydzień i rada jestem z tego: wskutek jego pobytu, tak się składa, iż jem co dzień obiad w towarzystwie jakich piętnastu osób, a to mnie jeszcze bardziej nuży niż zajmuje. Trzeba mi spokoju: organizm mój jest rozbity. Bywaj zdrów, miły mój; czekam poczty. Oto czego potrzebuję.
List LXVIIL
Sobota, po otrzymaniu poczty, 22 października 1774
Mój Boże, jakaż jestem niespokojna i zmartwiona tym, co mi donosisz! Przypuszczam zaraz wszystko, czego się obawiam, osądź tedy, czy podzielam twą mękę. W takiej chwili oddalenie staje się wręcz nie do zniesienia! Drogi mój, twój ból jest moim, straszne jest dla mnie nie móc ci przynieść ulgi. Gdybym była z tobą, zdaje mi się, że zagarnęłabym tak dobrze wszystkie twoje obawy, wszystko, co cię przyprawia o drżenie, że zostałoby ci jedynie to, czego by mi było niepodobna odjąć. Podzielić to nie dosyć: cierpiałabym przez ciebie, dla ciebie; przy tej tkliwości i oddaniu nie ma cierpienia, które by nie zelżało, i niepokoju, który by się nie uśmierzył.
Mój Boże, jaka ja nieszczęśliwa! W jedynej chwili, kiedy moje przywiązanie mogłoby ci przynieść ulgę, jestem skazana na to, aby być bezużyteczną. Wszyscy, co cię kochają, powiedzą ci to samo co ja, lepiej niż ja z pewnością; jestem zanadto blisko ciebie, aby wyrazić, co czuję. Czy istnieją tedy słowa, aby oddać wszystkie drgnienia duszy cierpiącej, duszy ściętej grozą, której nieszczęście wzbroniło wszelkiej nadziei? Drogi mój, w stanie, w którym się znajduję, można się wytłumaczyć i wyrazić jedynie w tych słowach: Kocham ciebie. Gdyby mogły wniknąć w twoją duszę tak, jak ja je czuję! Tak, jakie bądź byłoby twoje nieszczęście, doświadczyłbyś uczucia słodyczy. W tej to chwili odczuwam śmiertelny żal, iż nie masz dość przywiązania dla mnie. Drogi mój, ileż znaleźlibyśmy w nim pociechy: lekarstwo zjawiłoby się równocześnie z chorobą. Kiedy się jest nieszczęśliwym, jakże okropnym jest wówczas kochać jedynie słabo! W sobie to człowiek znajduje prawdziwą siłę, a nic nie daje jej tyle co namiętność. Uczucie cudze jest nam miłe, wzrusza nas; ale jedynie własne krzepi. Ale jakże mało kto posiada ten środek: prawie każdy kocha jedynie dlatego, że jest kochany. Mój Boże, cóż za mizerny rodzaj uczucia, jakże słaby i nikły! Ale to nie zależy od woli ani od myśli. Równym byłoby tedy szaleństwem starać się pobudzić uczucie jak silić się je zgasić. Zostańmy, jak jesteśmy, póki natura, lub nie wiem sama co, nie rozrządzi inaczej.
Ale ty jesteś za dobry, tysiąc razy za dobry, iż zajmujesz się mymi cierpieniami. Cierpieć stało się mym istnieniem; mimo to lepiej się czuję od czasu, gdy jestem na kurczęciu za całe pożywienie: mniej cierpię. Odźwiernik mniej protestuje przeciw kurczątkom, i słusznie: to najlepsze stworzenia pod słońcem, zawsze gotowe dać się poćwiartować dla całego świata; co do mnie, zdobyły zupełnie mą sympatię i radzę panu raczej ich się trzymać niż tego ciężkiego bydlęcia, wołu, którego tak trudno jest zdławić. Bądź zdrów, miły, mówię ci o sobie, a czuję tylko ciebie. Od dziś do poniedziałku, będę na torturach. Napiszesz, mam nadzieję.