List LXIX

Niedziela wieczór, 23 października 1774

Drogi mój, muszę koniecznie mówić z tobą, aby się uspokoić, aby się uwolnić od myśli, która mi dolega. Czekam jutrzejszej poczty z niecierpliwością, którą ty jeden może umiesz pojąć. Tak, ty mnie rozumiesz bodaj, jeżeli nie jesteś zdolny mi odpowiedzieć, a to już coś; milej, słodziej bez wątpienia byłoby prowadzić dialog, ale i monolog jest znośny, kiedy można sobie powiedzieć: mówię sama, ale ktoś słyszy mnie i rozumie.

Drogi mój, znajduję się w stanie fizycznym wręcz opłakanym: przypisuję to tej cykucie: zachowała, jak sądzę, jakąś właściwość trucizny. Doznaję uczucia jakiejś niemocy, lęku; dwadzieścia razy w ciągu dnia myślałam, że zemdleję; w tej chwili nawet dziwnie mi nieswojo. Czuję to, co mówił Fontenelle na krótki czas przed śmiercią: wielką trudność istnienia. Ale to, co ożywia mą duszę, daje mi siłę mówienia do ciebie, doprawdy bowiem cały dzień nie zdobyłam się na to, aby się poruszyć ani odezwać. Nie wiem, czy pisałam o Crillonach; widywałam ich często w ostatnim tygodniu; hrabia tonie w upojeniu; mówił mi, że gdyby żona jego nie miała ani grosza, jeszcze uważałby, że zrobił doskonały interes. Podoba mu się i odpowiada pod każdym względem. Cóż za szczęście! Pojmujesz, jak mnie to cieszy. Wspominałam ci, że fizjognomię ma dość pospolitą, ale zdaje mi się, że ma dobrze w główce; jest uprzejma, miła i bardzo chce się podobać. Mimo to wszystkie te zalety nie czyniłyby jej w mych oczach godną zostać żoną człowieka, który mi jest najdroższy w świecie. Miły mój, jestem tego bardziej pewna niż kiedykolwiek: człowiek, który ma talent, geniusz i przeznaczony jest do sławy, nie powinien się żenić. Małżeństwo jest prawdziwym gasidłem wszystkiego co wielkie, co może mieć blask. Jeżeli jest dość uczciwym i czułym, aby być dobrym mężem, jest już tylko tym; bez wątpienia, to byłoby dosyć, o ile w tym mieści się szczęście. Ale istnieją ludzie, których natura stworzyła, aby byli wielcy, a nie, aby byli szczęśliwi.

Diderot powiedział, że natura, tworząc genialnego człowieka, potrząsa mu pochodnią nad głową, powiadając: Bądź wielkim człowiekiem i bądź nieszczęśliwym. Oto, jak sądzę, co wymówiła w dniu, w którym się urodziłeś. Dobranoc, nie mam już sił; do jutra.

Poniedziałek, po godzinie poczty

Nie ma listu. Gdyby to był kto inny, przyprawiłoby mnie to o drżenie; ale pokrzepiam się nieco, powiadając sobie, że ścisłość i punktualność nie są w twojej mocy. Mam tedy nadzieję, że nie jesteś już nieszczęśliwy; wiem tylko tyle, że nie czułeś potrzeby uspokojenia mnie; to bardzo naturalne, ale przykre. Miły mój, nie czynię ci wyrzutów; żałuję cię jedynie, w jakimkolwiek jesteś usposobieniu, iż odruch twej duszy zwraca się nie do mnie.

Bywaj zdrów. Czuję się przybita i szczególnie osłabiona; trzeba mi wysiłku, aby utrzymać pióro. Nie będę już czekała wiadomości, ale będę ich pragnąć, póki mego tchnienia.

List LXX

Wtorek wieczór, 25 października 1774