List LXXII

Niedziela, 30 października 1774

Otrzymałam wiadomość zbyt późno; odszedł już ogromny pakiet dzisiejszą pocztą. Kiedy przyszedł twój list, posłałam już swój do pana Turgot, aby go dać kontrasygnować. Zamierzałam pisać po przyjściu listonosza jeszcze słówko zwyczajną drogą, ale mniejsza, mam nadzieję, że moje foliały nie zaginą; poczta doręczy je panu i to tym troskliwiej, że widnieje na nich nazwisko pana Turgot.

Doprawdy, zdaje mi się, że łatwo jest krytykować cię, nie raniąc, ale nie jest równie łatwo chwalić cię tak, jak to czuję, jak byś zasługiwał, nie stając się bardzo przesadną, mdłą i monotonną. Ha, trudno, godzę się z tym losem, i powiem ci całkiem pospolicie, że twój list do pana Turgot jest wyborny, doskonały: oto właściwy ton i miara, słowem, to jesteś ty; i nie znam nic lepszego, ani nic więcej w całym świecie. Mówiłam ci, drogi mój, że obecnie jestem zdolna patrzeć jedynie na to, co mi każe podnieść oczy; co do ciebie, jesteś tak wysoko, że nie mogłabym tego znieść dłużej bez wielkiego wysiłku. Aby znaleźć wytchnienie, uczynię jak Magdalena: wybrała miejsce u stóp Chrystusa żyjącego wśród ludzi. Miły mój, nie powinnam być ani bardziej wymagająca, ani wybredniejsza niż tak wielka święta, ty zaś nie możesz silić się na większą skromność niż Bóg-Człowiek, do którego cię przyrównuję. Jeśli to porównanie wyda ci się szalone, pomyśl, że kocham do szaleństwa.

Ale, miły mój, co ty robisz, jak ty poczynasz sobie ze mną? Czy ty wiesz, że mnie wychwalasz tak, jakbyś potrzebował zabiegać się o moje względy? Ej, dobry Boże, czyżbyś zapomniał, że z tej strony los twój jest pewny? fortuna twoja w tej mierze jest bez granic; to fortuna Beaujonów, Clive’ów, la Borde’ów etc. Jakżebym chciała, abyś miał w istocie fortunę, nie taką jak owi nieszczęśliwcy, których wymieniłam: ci umierają z nudów na swoich bogactwach, ale chciałabym dla ciebie swobody, którą daje dostatek; chciałabym, abyś nie był zmuszony łamać rąk i nóg swoim talentom, skręcać karku swoim genialnym darom; słowem, chciałabym, abyś nie był zmuszony wchodzić w ciżbę. Tak, daję słowo, jedynie dla ciebie, jedynie w interesie twojej sławy, małżeństwo przeraża mnie; pod tym względem mogę ci szczerze powiedzieć:

Dzień jasny nie jest czystszy niźli moje chęci.

To wszystko rzekłszy, mój przyjacielu, gdyby nadarzyła się jaka doskonała partia, gdybyś miał coś na widoku, gdybym ja, moi przyjaciele, gdybyśmy mogli być ci pomocą, możesz liczyć na zapał, gorliwość i czynność, jaką włożylibyśmy w powodzenie sprawy. Tak, poznałabym jeszcze raz szczęście i zadowolenie, gdybym mogła widzieć cię szczęśliwym, choćby to było szczęście — chcę powiedzieć tego samego rodzaju — hrabiego de Crillon. Och! jakimż on będzie dobrym mężem! Dobrze zrobił, iż objechał świat dokoła, nim się ożenił; żona jest, jak sądzę, dla niego krańcem świata; myśl jego nie idzie dalej. Mój Boże, jakiż on szczęśliwy! Ale, drogi mój, on nie napisze Grakchów, nie napisałby również pięknych wierszy, które wyczytałam w twoim liście! Ta potrzeba nasilonego życia jest, jak sądzę, potrzebą potępionych. To mi przypomina pewne powiedzenie, które sprawiło mi wielką przyjemność: Gdybym kiedykolwiek, mówiono mi, mogła odzyskać spokój, miałabym uczucie, że jestem na torturach.

Ten język jest jedynie na użytek ludzi, którzy są obdarzeni szóstym zmysłem, duszą. Tak, drogi mój, jestem dość szczęśliwa lub dość nieszczęśliwa, aby mieć ten sam słownik co ty. Rozumiem lub raczej czuję twoje rozróżnienia, twoje określenia, w trzech czwartych zaś nie rozumiem kawalera de Chastellux. Jest tak zadowolony z tego, co robi, tak dobrze wie wszystko, co uczyni, tak kocha rozsądek, słowem, jest tak uporządkowany we wszystkim, że po sto razy bliska byłam omylić się, mówiąc i pisząc do niego; miałam powiedzieć lub napisać: kawaler Grandisson65; ale nie zazdroszcząc losu Klementyny ani też miss Gléon.

Wiesz, że hrabia de Broglie został komendantem Metzu, na miejsce pana de Conflans. Oto, mój przyjacielu, człowiek sprytny, ale chciałabym, aby stał się użyteczny tobie, który nie masz jego sprytu. Ale, ale: przypominam sobie, iż chciałam ci przytoczyć jedno odezwanie carycy do Diderota. Spierali się często; jednego dnia, kiedy sprzeczka stała się zbyt gwałtowna, caryca przerwała, mówiąc: „Jesteśmy nadto podnieceni, aby myśleć rozsądnie; pan masz głowę zapalną, ja także jestem dość gorąca, Bóg wie, co byśmy sobie nagadali”. „Z tą różnicą — rzekł Diderot — że W. C. M. mogłaby mi powiedzieć bez obawy, co by się jej podobało, ja zaś mógłbym jej uchybić”. „Ale fe! — odparła caryca — alboż istnieje jaka różnica między ludźmi!”.

Mój przyjacielu, czytaj, pomyśl dobrze i nie bądź tak tępy jak pan d’Alembert, który widział w tym jedynie różnicę płci, podczas gdy to jest urocze jedynie tym, iż to monarchini mówi do filozofa, do naczelnika sekty etc.