Piątek, 28 października 1774

Co mówisz o tej inwokacji? Nie wydaje ci się objawem maligny? Nie, miły mój, płynie z szlachetnego uczucia. Obraziłam pana de Mora, a mimo to znajduję pewną słodycz w myśli, że on jeden dał mi poznać szczęście; że jemu tylko będę zawdzięczała, iż czułam przez kilka chwil całą wartość życia. Wreszcie, niekiedy uważam się za mniej winną, ponieważ czuję się ukaraną, a pojmujesz dobrze, że gdybyś mnie kochał, wszystko to zatarłoby się, rozpadło. Trzebaż dzierżyć się cnoty bodaj przez wyrzuty i tego, który mnie kochał, przez żal, iż go straciłam. Ten żal jest bardzo żywy i bardzo rozdzierający; ledwie kilka dni temu przyprawił mnie o konwulsje rozpaczy.

Zmuszono mnie, bym poszła oglądać Lekaina w Tankredzie; nie widziałam go od czasu jego rozkwitu i nie kusiło mnie to bynajmniej. W końcu poszłam: pierwsze dwa akty znudziły mnie zupełnie; trzeci budzi zainteresowanie, które rośnie aż do końca; w piątym akcie były chwile, słowa, które kazały mi przenieść scenę do Bordeaux: miałam uczucie — to nie jest tylko przenośnia — że skonam; straciłam przytomność, całą noc trzeba było czuwać przy mnie, mdlałam bez ustanku. Nie mogłam ci mówić o tym w ostatnich dniach, za blisko byłam wrażenia, którego doznałam; przyrzekłam sobie solennie nie szukać już tych straszliwych wstrząśnień. Jedynie Orfeusza jestem w stanie znieść, a widzę z żalem, że już go nie zobaczysz; 8 listopada dają nową operę: muzyka Floqueta; głupia publiczność zasmakuje w niej może: po rzeczy wspaniałej będzie oklaskiwać mierne, a nawet ohydne.

Ostatecznie pan Dorat święci tryumfy: mimo to, to publiczność tworzy reputacje, ale publiczność na dłuższą metę; tej doraźnej bowiem nigdy nie staje smaku ani wykształcenia, aby wycisnąć pieczęć na tym, co ma przejść do potomności.

Drogi mój, wyślę ten list za recepisem, aby zaś pakiet miał większą objętość, dołączam świeże broszury: nie dlatego, że dobre, ale że nowe, zresztą ty czytasz wszystko. Wszyscy są w Fontainebleau, ale został nam baron de Kock i takiż de Gleichen, a nawet uważam, że zostają zbyt długo dziś wieczór; nie wiem, czy się mylę, ale mam uczucie, że samotność przyniosłaby mi ulgę; towarzystwo nie zajmuje mnie prawie nigdy, ciąży prawie zawsze. Jakiż ze mnie niewygodny chory! Daremnie się przewracam, ciągle mi źle. Bądź zdrów, miły.

Był u mnie przed chwilą hrabia de Crillon: Diderot powiedziałby, że jest urzeczony, a ja, ponieważ mam dlań wiele przyjaźni, bardzo się z tego cieszę. Mówiłam mu dziś wieczór, iż przyszedł odetchnąć złym powietrzem i że w upojeniu szczęścia, w którym żyje, zachodzi mnie odwiedzać chyba po to, aby dopełniać dzieła miłosierdzia: jestem dlań czymś z owych symbolów, które wielu filozofów przechowywało, aby ich nawoływały do dobroci i zacności. Oczekuje przyjaciela, księcia de Salm; nie wiem nic o jego rozumie, ale wiem lepiej: jest tkliwy i zacny; listy jego nie pozwalają wątpić o tym. Ale gdy mowa o listach, jakież urocze są listy poczciwego Condorceta! Gdybym szła za pierwszym popędem, przesłałabym ci swoje wrażenia; później rozmyśliłam się, powiedziałam sobie: wróci, dam mu to do przeczytania; wyśmieje mnie, nazwie egzaltowaną. I cóż, więc dobrze, jestem; ale on będzie przy mnie. Miły mój, za tę cenę, zgodziłabym się nie mieć zdrowego sensu w głowie przez resztę życia: ale założę się, ty byłbyś bardziej wymagający, rzuciłbyś mnie; znalazłabym się z powrotem w tłumie, a głupota znajdzie pociechę na wszystko.

Przypuszczam, że w tych czasach Grakchowie poszli mocno w odstawkę; wrócisz do nich z tym większym zapałem i świeżością. Drogi mój, podziwiaj moje przejście, głupota prowadzi mnie do geniuszu i ta droga zdaje się dość naturalna: to pan Turgot po księdzu Terray. Są wypadki, w których stopniowanie i pośrednie ogniwa powinny zniknąć.

Nie wiem, co począć z czasem do soboty: zwalę na ciebie nieco tego ciężaru, zmuszając cię do słuchania. Obiecuję sobie długi list jutro. Gdybym się zawiodła! Gdyby miał być tylko na cztery strony! Doprawdy, zrobiłabym panu scenę.

Drogi mój, widzisz, pomyślność w głowie mi przewraca; staję się prawie zuchwałą, dlatego że miałam wieści od pana dzisiaj. Co jest pewne, to iż, gdyby ktoś mógł znać mą tajemnicę, poznałby po moim zdrowiu, po moim sposobie bycia, czy miałam list. Tak, krążenie krwi zmienia się wyraźnie od tego, niepodobna mi wówczas zainteresować się czymkolwiek. Do czego nie mogę się przyzwyczaić, to do zdwojonej troskliwości mych przyjaciół. Mój Boże, czy by mnie żałowali, gdyby widzieli głąb mej duszy? Czy taka uzurpacja nie jest zbrodnią? Drogi mój, nie staraj się omamić mego sumienia; powiedz, że jestem bardzo winna, żałuj mnie, pociesz: aż nadto mnie zbłąkałeś.

Mam ochotę przesłać ci list, który czytałam dziś przed twoim: gdybym mogła przeczuć, nie w takim porządku przystąpiłabym do lektury. Ujrzysz w tym liście, czy cierpiałam przez twą nieobecność. Tak, przyprawiłam o niepokój pana d’Alembert. Ten człowiek nie odgadł nigdy ani słowa z tego, co mnie zaprzątało; uważa mnie za ofiarę cnoty i przesądu: ale od trzech lat widzi mnie tak nieszczęśliwą, że często skłonny jest wziąć mnie za obłąkaną. Wciąż kłuje mnie niby szpileczkami; ale w gruncie ostrze ich tkwi zawsze w uczuciu lub w żalu do mnie. Czytaj, sądź; to pewna, że to jest niepospolity człowiek.