Czwartek, południe
Jakie to głupie! Jakie brzydkie! Och, Boże, uspokój się: dowód, że to nie jest drogie, to że ja ci go daję76. Mój przyjacielu, wszystko, co mówisz w tym przedmiocie, jest bardzo, bardzo pospolite: „Za duży jest; zgubisz go, chcesz mi zwrócić!”... Och! fe! cicho siedź! Umieraj ze wstydu, abyś zaś nie umarł z zimna, jadąc na obiad, spieszę przesłać ci go z powrotem; nie waż się odsyłać jeszcze raz, nie mięszajmy77 służby do naszej zabawy czy sprzeczki.
Drogi mój, kiedy powiadasz mi tylko: Będę się starał wpaść, silę się nie mieć nadziei i powiadam sobie: nie zobaczę go. Masz więcej spraw na głowie niż Opatrzność, czuwasz bowiem nad szczęściem dwóch osób: trzeba najpierw, aby pani de M. była zadowolona; potem przychodzę ja, ale bardzo daleko potem, rozumie się: mogłabym powiedzieć jak Kanaenka: Zadowolę się okruchami, które spadną ze stołu mego pana78. Ale, widzi pan, ten morał, ten ewangeliczny ton, to coś tak niskiego, że tylko poziomy chrześcijanin może się tym zadowolić: co do mnie, która nie mam pretensji wejść do Nieba, nie chcę się żywić w tym życiu okruchami z niczyjego stołu.
Bywaj zdrów. Jeśli cię zobaczę, będę uszczęśliwiona; jeżeli nie przyjdziesz, powiem sobie: jest w milszym towarzystwie, i ta słodka myśl uspokoi mnie z pewnością.
List XCVII
Sobota, dziesiąta wieczór 1775
Drogi mój, jakiś ty dobry, jaki miły, iż zechciałeś mi wynagrodzić to, co straciłam dziś rano! Gdybyś też wiedział, jak ja cię czekałam, jak oddalałam, odprawiałam wszystko, co mogło zmącić mą przyjemność! Jak każdy pojazd, który przejeżdżał, budził we mnie nadzieję, a potem jakie męki zadawał mej duszy! Boże, jak ja cię kocham! Jaka się czuję winna, iż mogłam cię zranić! Nie, drogi mój, nie przebaczaj mi, skarż mnie, pomnóż, jeśli to możliwe, mój ból, moje żale; widocznie bezmiar nieszczęścia pozbawia rozsądku. Tak, to doprowadza do szaleństwa, obłędu, choroby: trzeba było tego wszystkiego, abym mogła cię obrazić. Od trzech dni miałam świadomość tylko tego nieszczęścia; umarłabym, gdybyś nie przyszedł mi z pomocą. Och! miły mój, wyrzekłeś słowa, które przejmują mnie jeszcze drżeniem, które wtrącają w rozpacz me serce: mrożę cię, trzeba ci było przemóc się, aby mnie widzieć.
O Nieba! czemuż nie rozpadłam się w nicość, nim usłyszałam te słowa, które dałyby mi odwagę iść naprzeciw najbardziej okrutnej śmierci! Drogi mój, apeluję od tego wyroku; przysięgam na ciebie, którego kocham, na wszystko co mi święte, iż nie przeżyję ani godziny tego straszliwego uczucia. Ja, nienawidzić ciebie! Patrz tedy, jaka namiętność, jaka tkliwość ożywiają mą duszę! Gdyby któregoś dnia trzeba mi było przestać kochać ciebie, o mój Boże, jakże by mi słodko było umrzeć! Niebo świadkiem, zawisłam jedynie od ciebie; wszystkie starania, dobroć, przyjaźń i opieka, które mnie otaczają, nie miałyby siły wstrzymać mnie ani dnia.
Mój przyjacielu, pan de Mora jest wciąż obok mnie i wciąż widzę ciebie; gdyby dusza moja straciła z oczu to oparcie, ten ratunek, nie przetrwałabym ani godziny. Czytaj tedy w głębi mej duszy, czytaj w niej więcej i lepiej jeszcze, niż ja ci mówię. Czy można kiedy wyrazić to, co się czuje, to, co mam daje życie, co sprawia, że oddychamy, co jest potrzebniejsze, tak, potrzebniejsze niż powietrze, nie potrzebuję bowiem żyć, a potrzebuję kochać ciebie.
Mój Boże, jedyny mój, jakże ty jesteś daleko ode mnie? Mówiłeś wczoraj: „Zaczęłaś od tego, że mnie zraniłaś, a później zmroziłaś mnie zupełnie”. A ja odpowiadam: zraniłeś mnie, upokorzyłeś, odepchnąłeś i dodaję: mógłbyś mną gardzić, mógłbyś mnie nienawidzić, a i tak znalazłabym w sobie zdolność kochania cię bez pamięci. Tak, drogi mój, powtarzam ci, śmierć staje mi przed oczyma po dwadzieścia razy w ciągu dnia, a dusza moja nie śmie powziąć myśli, abym mogła mniej cię kochać.