Znaj mnie całą: ujrzyj w mej duszy truciznę, która mnie trawi, a której nie śmiem ci pokazać. To nie wyrzuty moje: mówię ci o nich niekiedy; nie moja boleść: nieraz skarżyłam ci się na nią; drogi mój, to męka, która kazi mój rozum i zdrowie; to męka, która mnie czyni niesprawiedliwą, nieufną, która mi każe mówić rzeczy przejmujące zgrozą. W jaki sposób mogłam być dość obłąkana, aby ci powiedzieć, że mam złe myśli o tobie? Czy to do pojęcia? Czy to mogło postać w mym sercu? Czy można ubóstwiać, czy można mieć kult dla kogoś, kto nie wydaje się nam Bogiem?

Drogi mój, musiała snadź79 moja głowa, dusza być w stanie bardzo osobliwego szaleństwa, aby mnie przywieść do podobnej zbrodni. Mój Boże, i mnie kochano tak, jak ja ciebie kocham, i to istota najbardziej doskonała; czy potem będziesz miał siłę powiedzieć, że ja cię nie kochałam? że moje uczucie to była nienawiść? Tak, w istocie, czułam nienawiść, ale do siebie, do nieprzepartego pędu, który mnie porywał. Miły mój, zastanów się dobrze; mimo że z pewnością kochało cię wiele osób, nikt nie kochał cię z większą siłą, uczuciem i namiętnością. Miły mój, proszę cię, byś zachował ten list i jakikolwiek los mógłby go spotkać, nie będę niepokoić się oń, ani uskarżać nigdy. Mój wyrok wyrzekłeś ty sam, 10 lutego ubiegłego roku, a jest nim: Kochać ciebie lub umrzeć.

List XCVIII

Sobota, o północy

I cóż! nie powiedziałam? Nie zobaczę cię i nie zobaczyłam. Mój Boże, jak smutno jest przewidywać tak trafnie i okazywać swe żale komuś, kto ich nie podziela! Nie wiem, w jaki sposób mogłam czuć równie żywo, że mi ciebie brakuje: jedynie w Ifigenii na scenie jest może więcej ludzi, niż ich było dziś popołudniu w moim pokoju. Wielkie, małe loże, wszystko było pełne po brzegi: upadałam ze znużenia. Zaczęłam od tego, iż spędziłam godzinę z panem Turgot, później jeszcze godzinę u pani de Chatillon; zrobiłam schodów bez końca, wracając, byłam ledwie żywa. Przyrzekłam spędzić wieczór u św. Józefa. Nie miałam sił: pójdę jutro, jeśli zdobędę się na ten wysiłek. Przed obiadem idę na ulicę de Cléry zobaczyć automaty, które są podobno nadzwyczajne, jak mi powiadano. Kiedy bywałam w świecie, nie miałabym tej ciekawości: parę kolacji zaspokoiłoby ją najzupełniej; ale marionetki z ulicy de Cléry mają wyższość: działają, a nie mówią!

Wstąp tam, jadąc na Marais, a powiem ci, czy mam lożę księcia d’Aumont. Mam ją mieć jutro lub we wtorek; wolałabym raczej jutro, ponieważ we wtorek będziemy mieli u siebie pana Roucher. Słowem, mój kochanku, tak czy owak, trzeba, abym cię widziała jutro i to długo, bądź w Operze, bądź u mnie: wieczerzasz o dwa kroki ode mnie.

Ale, ale: pani de Chatillon nie przypuszcza, abyś był zdolny tak ją zaniedbać: pytała, czy twoje zamknięcie trwa jeszcze. Odpowiedziałam, jak się domyślasz, że trwa i to bezwzględnie: tym samym winy wymazane, ponieważ kobietom chodzi tylko o to, aby je woleć od innych. Prawie nikt nie potrzebuje, aby go kochać, i bardzo szczęśliwie, bo to jest z pewnością najsłabsza strona Paryżan. Ośmielają się mówić, że kochają, a równocześnie są spokojni i rozbawieni; wiedzą, w istocie, co to namiętność i uczucie! Biedni ludzie! trzeba ich chwalić jak Liliputów; są bardzo ładni, bardzo mili, bardzo wdzięczni; wszystko doskonale dobrane do gąsek oskubujących strusie. Bądź zdrów, drogi. Ufność, jaką mi okazałeś wczoraj wieczór z okazji listu twej matki, bardzo mnie ujęła.

List XCIX

Wtorek, szósta rano, 1775

Przypominasz sobie swoje ostatnie słowa? Przypominasz sobie, do czegoś mnie doprowadził i w jakim stanie sądziłeś, że mnie zostawiasz? Otóż, muszę ci powiedzieć, iż przyszedłszy niebawem do siebie, podniosłam się i nie czułam się ani o włos niżej niż godzinę przedtem, kiedy stałam wyprostowana w całej wysokości. I zdziwi cię może, iż ze wszystkich uczuć, które mnie pociągnęły ku tobie, to ostatnie jest jedynym, którego sobie nie wyrzucam.