Gdy księżyc się wznosił na stepach czerwony.

W noc nawet i ślepy poznałby te stepy

Po kwiatów rodzinnych zapachu.

A niwa mu do stóp kłaniała się złota,

I marzył, że wierny druh wyjdzie przed wrota.

Lecz druhów nie było... Pod zimną mogiłą

Posnęli, gdy błądził w pustyni.

Więc jechał samotny, nie znany nikomu,

Lecz jeszcze z dziedzińca, od wrót swego domu,

Odwrócić chciał konia i jechać na błonia,