Zacierpiał sercem, krwią — i trysnął z powiek

Iskrą człowieka. — Lecz jak długo pływał

W błocie i patrzeć nie pozwolił z góry

Na konwulsyjne swoje śmieszne męki!

Ja, nawykniona śród każdej tortury

Nadziei z serca, a trucizny z ręki,

Za wszem gotowa powitać wypadek

Uśmiechem — albo śmiertelną bladością.

Lecz ten rozsądny i kościany dziadek

Za swą porwaną poleciał Jejmością