Jak po jesiennym liściu chodził smutny, cichy...

Potem konie pocztowe brzęknęły przed gankiem,

Potem wielkie strzemienne podano kielichy...

Żegnał się — za łzy dawał wesołe uściski

I pucharem o nasze puchary uderzył.

Odszedł. Wtem ucztujących strzał przeraził bliski,

Tłumem biegliśmy w jego komnatę... już nie żył.

Przez serce przeszła kula, a broń trzymał w dłoni.

Spoczywa na rozdrożu — wśród leśnej ustroni.

Ksiądz grób jego poświęcił, wierząc w zdanie tłumu,