Cicho. Słyszę po łąkach trzód błędnych wołanie.

Idą trzody po trawie chrzęszczącej od szronu

I obracają głowy na niebo pobladłe,

Jakby pytały nieba: «Gdzie kwiaty opadłe?

Gdzie są kwitnące maki po wstęgach zagonu?»

Cicho, odludnie, zimno... Z wiejskiego kościoła

Dzwon wieczornych pacierzy dźwiękiem szklannym bije,

Ze skrzepłych traw modlitwy żadnej nie wywoła,

Ziemia się modlić będzie, gdy słońcem ożyje...

Otom ja sam, jak drzewo zwarzone od kiści,