Gdzieniegdzie lekka minaretów wieża

Niesie pod niebo szczyty ołowiane.

Tam rzędy okien, od łuny zachodu

Jak mnogie lampy rozpalone, drżące,

Co chwila bladsze, co chwila gasnące,

Już zaszły mrokiem — ale szczyty grodu

Długo złociste miały słońcem dachy.

Ostatnie światło z ciemnością się starło...

Chociaż to miasto na pół obumarło,

Gwar słychać w mieście — bo bezludne gmachy