I zadrżał, bo te światło z marzenia go budzi,

Bo te światło natrętne było jak tłum ludzi,

Co widząc blade czoło o szaleństwo woła.

Korsarz długo ze światłem godził rysy czoła,

Twarz jego jakby z kruszcu łamała się twardo,

Malowana na przemian śmiechem, bólem, wzgardą;

A potem się w bezwładną spokójność przybrała;

Jeśli twarz może skonać, twarz Lambra skonała.

I spoczywał bezwładnie na stole oparty,

Przed nim rozwite świata znajomego karty,