Zawstydzona, ile że ubrana mniej skromnie,

Bom nie myślała, że mnie kto z ludzi nadybie,

Musiałam spuścić oczy i w rzeczułki szybie

Wołać rybek na pomoc i prosić o radę.

Gdy ten bezczelnik, lica moje widząc blade,

Rozumiał, że mnie z barwą zarazem różaną

Odleciał wstyd — i z trwogi na kładce zachwianą

Zatrzymał tak, że usta uczułam na twarzy.

KRÓL

O! Szatan!