Wyniosłem na step, pomiędzy wielbłądy,

Aby go tam śmierć zgryzła do ostatka;

I żeby na to nie patrzała — matka.

Przy konającym czuwaliśmy bliscy

Ja z wielbłądami — na kolanach wszyscy.

Łamałem ręce i wołałem głośno:

„Oby nie umarł! lub się był nie rodził!” —

A tam nad palmy, z twarzą nielitośną,

Gdy konał mój syn, blady miesiąc wschodził

I patrzał: — tego z pamięci nie zatrzeć!